Jak pisał Jan Brzechwa:
(…)
„Dzik jest dziki, dzik jest zły,
Dzik ma bardzo ostre kły.
Kto spotyka w lesie dzika,
Ten na drzewo zaraz zmyka”.
No właśnie. Tylko co zrobić, kiedy to nie człowiek spotyka dzika w lesie, ale dzik spotyka człowieka na jego własnej, wychuchanej działce? I wcale nie zamierza zmykać. Ani na drzewo, ani gdziekolwiek indziej.
Mam takie swoje miejsce na ziemi. Niewielki kawałek świata, który przez lata pieściłam, urządzałam, dopieszczałam i ozdabiałam. Są tam nawet, powiedziałabym, akcenty artystyczne. A co! Tu domek dla wiewiórek, elegancko usadowiony na mchu, tam stare krzesło, które zamiast służyć do siedzenia, awansowało na stanowisko doniczki. Jest dyfuzor na wodę (stary, szklany syfon), aniołek pod drzewem, kalosze pełne kwiatów, a nawet czajnik, w którym zamiast herbaty parzy się pelargonia.
Wszystko ma swoje miejsce i swoją historię. To właśnie tutaj przychodzę dumać i tu powstają moje wiersze, opowiadania i artykuły do „Pruszkowskich Wieści”. Na działce słucham ptaków, szumu drzew, czasem nawet spadających liści. Bo liście, proszę Państwa, też potrafią opowiadać historie, tylko trzeba umieć ich słuchać.
I tak sobie trwała ta moja mała, niemal arystokratyczna kraina, aż pewnego dnia…
Przyszły dziki. Ale żeby przyszły! Ale żeby zapukały do furtki i powiedziały „dzień dobry”, zapytały, czy można wejść! Żeby chociaż na herbatkę wpadły! Ja bym je może nawet chlebem i solą przywitała, choć podobno dzików dokarmiać nie należy.
Ale nie. One weszły z buta! Całym stadem. Jakieś pięćdziesiąt sztuk! Pięćdziesiąt! Proszę sobie wyobrazić pięćdziesięciu nieproszonych gości, którzy nie zdejmują butów, nie pytają o pozwolenie, a na dodatek każdy z nich uważa się za właściciela posesji.
I od tej pory przychodzą sobie niemal co wieczór. Jak do siebie, jak do własnego pokoju.
A pokoi do odwiedzenia mają sporo, bo działek wokół niemało. Sąsiedzi też przeżywają swoje małe dramaty ogrodnicze. Jednym słowem, powstało nam osiedle otwarte, tylko nie dla ludzi, a dla dzików. Początkowo próbowałam negocjować. Oczywiście jednostronnie, bo dziki nie wykazywały najmniejszej ochoty do rozmów.
Zaczęłam więc zatykać dziury w siatce czym popadnie: doniczkami z kwiatami, konewką, a nawet czajnikiem z pelargonią. Wyglądało to trochę jak wystawa sztuki współczesnej pod tytułem „Kobieta kontra natura”.
A dziki? Zrobiły dziurę obok czajnika. Jestem niemal pewna, że gdzieś w krzakach pękały ze śmiechu.
– Patrzcie, chłopaki, znowu nam postawiła kwiatki! To którędy dzisiaj wchodzimy?
I tak trwała ta nierówna walka – ja z konewką, one z ryjem, ja z pelargonią, one z determinacją, ja z nadzieją, one z planem zagospodarowania przestrzennego. Aż w końcu zaczęły tratować moje kwiaty.
I wtedy przestało być śmiesznie. Chociaż nadal próbuję żartować. Mówię nawet, że wystawię im rachunek i kartkę z reklamacją za źle wykonaną robotę. Bo skoro już koniecznie musiały wejść i przekopać mi ziemię, to niechże robią to porządnie! Gdzie grabienie? Gdzie spulchnianie? Dlaczego zostawiły takie wielkie bryły? Przecież nawet początkujący ogrodnik wie, że po kopaniu należy teren wyrównać! No, fuszerka, proszę Państwa. Zwyczajna fuszerka!
I niby się śmieję. Niby heheszki, niby dowcipy. A pod sercem coś ściska. Bo człowiek patrzy na połamane kwiaty, rozrytą ziemię, przewrócone ozdoby i nagle robi mu się zwyczajnie smutno. Tak po ludzku. A nawet chce się płakać. Przecież to nie tylko działka. To kawałek mojego życia. Moje małe królestwo ciszy. Miejsce, w którym mogę usiąść, zamyślić się, posłuchać, jak świat oddycha.
A teraz? Teraz nawet cisza jakby gdzieś uciekła. Nie słyszę ptaków tak jak dawniej, nie słyszę szumu drzew. Nawet liście spadają jakby po cichu, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie uwagi. I mojej wiewiórki już nie widzę… Ale…



Niespodziewanie przyszła mi do głowy pewna myśl. A może to ja jestem tutaj gościem? Może zanim pojawiły się działki, płoty, altanki, czajniki z pelargoniami i moje artystyczne krzesło-doniczka, był tutaj ich dom? Może właśnie tędy prowadziła dzicza ścieżka? Może pod tymi drzewami odpoczywały ich matki, babki i prababki? Może one wcale nie przychodzą do mnie, tylko wracają do siebie? Do swojego wielkiego pokoju, który my, ludzie, podzieliliśmy siatkami na małe pokoiki. I teraz dziwimy się, że ktoś próbuje przejść z jednego do drugiego.
Może dziki nie rozumieją, dlaczego nagle stanął im na drodze czajnik z pelargonią. Może patrzą na niego z takim samym zdziwieniem, z jakim ja patrzę na dziurę obok. I co wtedy? Kto tu właściwie jest intruzem?
Nie wiem. Wiem tylko, że nadal żal mi moich kwiatów. Nadal chciałabym mieć całą siatkę, piękne rabatki i spokojne wieczory. Nadal marzę, żeby dziki znalazły sobie inną drogę, najlepiej z dala od mojego ogrodu. Ale już nie potrafię się na nie tak całkiem gniewać. Bo może one też czegoś szukają, może swojego dawnego domu.
I kiedy tak sobie rozmyślałam nad tą naszą trudną sąsiedzką relacją, wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Pewnego dnia weszłam na działkę. Był 7 października. Październik! Jesień na całego, liście już opowiadają swoje ostatnie historie, a ja patrzę i własnym oczom nie wierzę. Wśród tej całej dziczej rewolucji, rozkopanej ziemi i ogrodowego zamieszania…

Zakwitła poziomka. Maleńki, biały kwiatek. Taki delikatny. Taki niepozorny. Jakby zupełnie nie przejmował się tym, że wokół tyle się wydarzyło. Stałam nad nim i uśmiechałam się od ucha do ucha. Bo może właśnie o to chodzi? Że nawet kiedy ktoś wywróci nam nasz uporządkowany świat do góry nogami, życie potrafi zrobić nam maleńką niespodziankę. Że po największym bałaganie coś jeszcze może zakwitnąć. A może ta poziomka zakwitła specjalnie dla mnie – na pocieszenie, na zgodę. Albo po prostu po to, żebym nie zapomniała, że natura zawsze ma ostatnie słowo.
I tak oto, proszę Państwa, zamiast z kijem na dziki, postanowiłam wyjść do nich… z kwiatkiem. Tak, tak… z kwiatkiem poziomki. Tylko niech sobie nie myślą, że od razu oddam im całą działkę! Bo czajnik z pelargonią zostaje. I basta!

PRUSZKOWSKIE WIEŚCI LISTOPAD 2026
