Korespondencja rzek
Wero,
W Pruszkowie nie tylko Utrata płynie – tutaj ludzie też płyną. Jedni niosą w sobie szerokie, bezbrzeżne nurty, takie, które obmywają innych, łagodzą ich ostre krawędzie, jakby byli kamieniami wrzuconymi w ich bieg. Inni są jak strumienie rwące, niecierpliwe, szukające ujścia. A jeszcze inni, jak Utrata: cisi, ale głębocy, niosący w sobie historie, które nie zawsze da się opowiedzieć.
Czasem, gdy chodzę po ulicach Pruszkowa, czuję, że miasto pachnie kredkami Bambino. Jakby dawna fabryka ołówków „St. Majewski” wciąż oddychała, a dziecięce kolory nie zdążyły wyblaknąć. Skaczę na chodniku po „klasie” narysowanej przez dzieci, przyglądam się kolorowym kwiatom i zapisuję je w swojej pamięci. Gdy odwiedzisz mój Pruszków, na pewno zaproszę Cię do restauracji „Ucieranie treści” i opowiem o kolorowych kredkach, którymi rysowały dzieci nie tylko w Polsce. Może same narysujemy co nam akurat w duszy gra?
Gdy przechodzę obok Muzeum Dulag 121 słyszę kroki, jakby Warszawa, ta sprzed lat, przechodziła przez Pruszków nadal, zostawiając w powietrzu ślad, którego nie sposób zetrzeć. Codziennie w drodze do pracy mijam potężną Topolę, która stoi na posterunku pamięci i daje świadectwo.
Są miejsca w Pruszkowie, które płyną jeszcze inaczej. Cmentarz żydowski – tak, tam rzeka pamięci jest gęsta, niemal stojąca, jakby każdy kamień miał w sobie znaczenie. I ciągnie mnie tam, do bezimiennej mogiły…
A kiedy pomyślę o tym, że trumna z ciałem Henryka Sienkiewicza przejeżdżała przez moje miasto, mam wrażenie, że mój Pruszków stał się na chwilę brzegiem dla całej Polski.
Może dlatego Utrata tak milczy. Może słucha tych wszystkich rzek, które nosimy w sobie. I może właśnie dlatego tu wracam, żeby sprawdzić, czy mój własny nurt jeszcze płynie tam, gdzie powinien.
Wero, opowiedz mi o swoich Szachach, o tych ludziach‑rzekach, których mijasz, o kamieniach, które wygładził Bug, o miejscach, które płyną inaczej niż wszystkie inne. Chcę zobaczyć Twój brzeg tak, jak Ty widzisz mój.

Iwa
PS A na deser pójdziemy do „Szczęśliwej Siódemki” – miejsca, które płynie dobrocią. Pracują tam osoby o wyjątkowej wrażliwości, takie, które potrafią zatrzymać w człowieku spokój i uśmiech. W „Siódemce” każdy człowiek jest jak własny dopływ – wnosi coś miękkiego, spokojnego, prawdziwego. To kawiarnia, w której kawa jest tylko pretekstem do spotkania z ludźmi, którzy tworzą najcieplejszy nurt w całym Pruszkowie. Opowiem Ci tam więcej o moim mieście, o tych wszystkich małych rzekach, które je budują.

Obraz: Bożena Iwaniuk

Obraz: Bożena Iwaniuk
Iwo
Twój opis Pruszkowa sprawił, że przeszłam ulicami miasta i poczułam jego tajemnicę. Również mam jedną: od dawna obserwuję „Szczęśliwą Siódemkę”, nadając sobie tytuł wirtualnego gościa. Słucham rozmów i podziwiam literacką przestrzeń w towarzystwie herbaty z dodatkiem malinowego soku. Z wami zawsze jest ciepło.
Mój brzeg nie ma takich atrakcji, dlatego pozwalam sobie korzystać z pruszkowskich rarytasów.
Nie mniej Szachy są obfite w zupełnie inne wiśnie. Ich urodzaj przejawiają pory roku. Każda osadza mnie w zapachach dzieciństwa. Jeszcze je można tutaj spotkać. Zwłaszcza teraz, w sierpniu, kiedy trawa wymaga innej pielęgnacji, za którą potrafi się odwdzięczyć.
Podglądam ją o świcie. Chciałabym Cię zaprosić do celebrowania prawie poranka. Jest taki moment, kiedy noc oddaje wszystkie prawa dniu. Większość ludzi i ich maszyn jeszcze śpi. Wtedy widzisz i słyszysz wyraźniej. Ptaki wstają dużo wcześniej i przekrzykują się nawzajem. Trawa, o której wspomniałam nie zdjęła jeszcze korali. Przeźroczyste krople zawieszone na smukłych źdźbłach czekają na pierwszy dotyk słońca albo na stopy śmiałków, którzy porzucili sen. Nie znam przyjemniejszego uczucia od spaceru boso po rosie.
Zapraszam Cię pod moje niebo. Nie zasłaniają go budynki, dachy i dym. Ten z ognisk palonych dla dzieci nie sięga zbyt wysoko. Noc hipnotyzuje rozprószeniem gwiazd. Są tak blisko, wystarczy podnieść rękę. Lubię je dotykać. Bywa, że z nimi rozmawiam, ale nie mów o tym nikomu. Myślę, że wcale nie spadają. To niemożliwe, aby nieskończoność mogła gasnąć. Przemieszczają się tylko dla ludzkiego oka. Pozwalają wierzyć, że strącamy je życzeniem.
Rozglądam się, aby wysłać do Pruszkowa pocztówkę. Śliwa ugina gałęzie pod ciężarem fioletowych owoców. Wyglądają jak przybrudzony, monumentalny ametyst. Róża również nie ma powodów do wstydu. Założyła czerwone korale. Szyszki z sosny straciły gęstą zieleń i stały się lżejsze. Spadają. Można się pokusić do zrobienia z nich leśnych ludzików. Kiedy byłam mała, uwielbiałam je poławiać.
Jeszcze chwila i przyjdzie jesień z grzybim trofeum. Zapach suszonych borowików i kraśniaków kojarzy mi się z dzieciństwem najbardziej.
Nie słyszę ludzi. Każdy ma swoje obrządki, własny raj na ziemi. Tych, których spotkasz – polubisz. Daję na to gwarancję. Mieszkańcy posiadają prawie niespotykaną dzisiaj, wrodzoną życzliwość. Dzielą się każdym skarbem. Śliwką, pomidorem, dostępem do swojego brzegu.
Jest też jeden wyjątkowy dom, w którym powstają pamiątki. Nie mamy nawet sklepu, ale możemy się pochwalić galerią Bożeny Iwaniuk, mojej mamy, która maluje wszystko to, co próbuję opowiedzieć słowem.
Na końcu pragnę narysować ostatni przystanek. Tory kolejowe, które przecinają jak kanapkę pole na pół. Co jakiś czas przejeżdża pociąg. Przypomina, że Szachy są otwarte na gości. Pożyczają niebo, rosę i wszystkie owoce.
Wera

Między Bugiem a Utratą List drugi
14.07.2026
Lipiec przykleił znaczek do kilku zdarzeń i postanowił wysłać do Pruszkowa wieści. Iwa na pewno moczyła stopy nad Utratą, z notesem pod pachą. Wera wyobrażała ją sobie w luźnej sukience w kwiaty, jakby ubrała łąkę. W rozpuszczonych włosach wiły gniazda promienie lata, a nad głową tkały aureole ptaki. Czy kierunek lotu nadawał jej kształt, czy dźwięk rozmów ją kreślił? Trudno ocenić. Widziała Iwę wyraźnie jakby stała tuż obok oszklona granicą, którą bez trudu można przekroczyć otwierając okna. Tego dnia Wera ubrała się podobnie. Aby zbliżyć się do przyjaciółki, aby zestroić dopływy listów.
Usiadła na brzegu Bugu w rozkloszowanej spódnicy. Wygładziła jej brzegi, które co jakiś czas zaczepiał oddech wiatru. Nie była sama. Poza towarzystwem duchów natury rzekę odwiedziły rodziny z dziećmi. Wakacje rządzą się własnymi prawami. Nie tylko ona miała „sprawę” do wody. Na szczęście nie było głośno. Co jakiś czas mamy uspokajały maluchy. Uciszały ich wesołość i pragnienie zabawy. Przesypywały piasek z wiaderek, budowały zamki, zbierały patyki i muszle, aby ozdobić budowle.
Było w tym coś niezwykłego. Sprawiały wrażenie odmienionych istot. W obecności Bugu natura dzieci pozostawała cicha i łaskawa. Ta myśl położyła ją na plaży. Ziemia przyjęła jej ciało gościnnie. Żaden kamyk nie uwierał w plecy, żadna grudka ziemi nie zakłóciła wygody. Plecak, w którym przywiozła jedynie kanapkę, butelkę wody i zeszyt wetknęła pod głowę i zamknęła oczy. Wsłuchana w szepty małych ludzi i ich opiekunów, zasnęła.
– Znalazłaś sposób na opuszczenie Doliny Zgryzot.
W pełnym słońcu zobaczyła starszą kobietę. Trzymała wiklinowy kosz do połowy usypany kurkami. Stała podpierając biodro ubrudzoną ręką. Była w niej łagodność i trudny do zdefiniowania czar.
– Mogę w czymś pani pomoc? – Zapytała Wera próbując zmienić położenie i usiąść.
– Nie dziecko. Śnij i zapamiętuj jak najwięcej.
Przetarła oczy. Rozejrzała się. Pole widzenia rysował znajomy obraz. Te same dzieci i te same mamy.
– Podobieństwa potrafią płatać figle – przerwała badanie przestrzeni starsza pani.
– Te małe istoty, zupełnie jak my, kiedyś otrzymały stygmaty porównań. Kiedy opuściły bezpieczny kokon i zaczerpnęły pierwszy haust powietrza zostały nim powitane. Co ludzie mówią, kiedy patrzą na dziecko pierwszy raz? Jakie podobne do taty lub mamy. Potem jest coraz gorzej. Utwierdzają w przekonaniu, że jesteśmy jedynie kopią naszych przodków kontynuując narrację: wykapany tata, wykąpana mama. Kiedy dziecko dorasta i zaczyna psocić, słyszy: w kogoś ty się wdała? Zupełnie jakby nie miało prawa do własnego, autonomicznego zła czy błędu.
Wera zaniemówiła. Język jakim posługiwała się kobietą, przeczył jej wizerunkowi. Skromne wiejskie odzienie. Bawełniana chusta z pierwszymi śladami uszkodzeń. Ubłocone drewniaki. To wszystko kontrastowało z każdym słowem puszczonym na wolność. Kiedy tak brzmienia przeciekały się przez wąskie, lekko pocięte kreską czasu usta starszej pani Wera dostrzegła jej uzębienie. W tym wieku człowiek nie zachowuje tak lśniących i zdrowych zębów – pomyślała. I właśnie ta myśl, niemal natychmiast, została przyłapana i poczęstowana uśmiechem.
– Co się tutaj dzieje? Przepraszam, ale muszę dokończyć list.
– Przecież go piszesz moja droga.
Kobieta postawiła koszyk z grzybami na piasku. Rozwiązała chustkę, spod której wypadły błękitne loki. Usiadła obok Wery. Nie patrzyła na nią. Rysowała kółka na piachu imitujące uderzenia kamyków o wodę. Kontynuowała:
– Dzieci to małe lwiątka. Należy im zwrócić powagę słowa. Oddać głos. Pozwolić się wyryczeć. Wbrew pozorom to najsilniejsze stworzenia na Ziemi. Jest w nich ogień. Wiele moglibyśmy się od nich nauczyć, oczywiście gdybyśmy zaczęli słuchać.
Postawiła kropkę wbijając spojrzenie w dziewczynę. Było jak błyskawica, która potrafi przebić niebo na kilkanaście odcieni. Powieki nie śmiały zaburzyć koloru, który przyszedł wylać prawdę z niebieskich tęczówek nieziemskiej istoty. Patrzyła bez mrugania, jakby czekała na reakcję Wery.
– Powiesz, jak masz na imię?
– Tutaj nie potrzebujemy imion, kochanie. Rozumiem jednak, że do opisania tego snu może się przydać. Nazwij mnie Mokosz, jeśli musisz.
Kiedy imię wybrzmiało niczym poranny budzik Wera otworzyła oczy po raz drugi. Mamy zbierały wiaderka, papierki po przekąskach. Zbierały dzieci, które zanurzały jeszcze rączki w Bugu i przecierały nimi nagrzane, opalone policzki. Jedna z pociech podeszła do Wery z koszem. Spod słomkowego kapelusza wypadały rude sprężyny, a twarz zdobił szczery uśmiech, jaki posiadają jedynie dzieci.
– To od niebieskiej pani – powiedziała, stawiając kosz z kurkami na ziemi.
– Widziałaś ją? Powiedz, też ją widziałaś?
Mała poprawiła kapelusz. Odwróciła się do zniecierpliwionej matki, która nawoływała znad brzegu. Zostawiła w odpowiedzi ostatni uśmiech i pobiegła w stronę rzeki.
Wera

Ilustracja: Weronika Iwaniuk
Lipiec też przyszedł do mnie, Wero. Nie wiem, czy przykleił znaczek, czy tylko zostawił odcisk palca na powierzchni wody, ale Utrata uniosła go jak wiadomość, którą trzeba przeczytać nie oczami, tylko skórą. Siedziałam dziś na jej brzegu, w tej samej sukience, którą sobie wyobraziłaś, choć nie wiem, czy to ja ją wybrałam, czy to rzeka ubrała mnie w swoje kwiaty. Nie przyszłam do niej, aby coś znaleźć, ale żeby przestać szukać, choć na chwilę. Moje światło wydaje się zmęczone i gaśnie za każdym razem, gdy czyjaś myśl przechodzi obok.
Franz Kafka pisał, że są chwile, kiedy jedyne, co możemy zrobić, to usiąść i milczeć, aż samo się wyjaśni. Siedziałam więc nad wodą, a ona przynosiła Twoje słowa. Najpierw Bug wysłał do Utraty słowo „zasnęła”. Potem „Mokosz”, która przechodzi między wodami – bez wysiłku, bez tłumaczenia. A na końcu „dzieci to małe lwiątka”. Dzieci też tu były. Nie te same, ale podobne w sposób, który nie jest podobieństwem do rodziców. Utrata ma dar wyciszania ich tak, jak Bug ma dar otwierania dorosłych. Jedna dziewczynka podeszła do mnie i podała mi kamyk. Powiedziała, że „rzeka kazała”. Kamyk był zwyczajny, ale kiedy zanurzyłam go w wodzie, na moment zrobił się błękitny.
Nie widziałam kobiety z koszem, ale widziałam coś innego: cień, który nie należał do żadnego drzewa. Przesunął się po wodzie i wyszeptał…
Nie opisuj snu. Pozwól mu płynąć…
PS Gdy wróciłam do domu, na stole leżały kurki. Sny też mają swoje ścieżki dostarczania.
Iwa

PS „Korespondencja rzek” to cykl listów, który rodzi się między Szachami a Pruszkowem, miedzy Bugiem a Utratą. Dwie rzeki, dwa światy, dwa brzegi, a jednak coś między nimi zaczyna drżeć, jakby woda znała drogę, której my dopiero się uczymy. To nie będzie zwykła wymiana zdań. To będzie rozmowa miejsc, które nigdy się nie spotkały, a jednak słyszą się nawzajem. Rozmowa dwóch kobiet, które próbują zrozumieć, dokąd prowadzi je szept ich rzek.
Wera (Weronika Iwaniuk) – kobieta ze Wschodu, która słucha Bugu tak, jak inni słuchają własnego serca. W jego szumie potrafi odnaleźć odpowiedzi, których codzienność nie ma odwagi wypowiedzieć. I ja, Iwa (Iwona Szewczak, AleBabka AleBabka) – mieszkanka Pruszkowa, która nad Utratą odnajduje ciszę, głębię i te niewidzialne drżenia świata, co pojawiają się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje się spieszyć.
Między Bugiem a Utratą jest drogą, której jeszcze nie znamy, ale zaczynamy nią iść – listami, obrazami, tym, co w nas się skleja albo kruszy. Cykl będzie ukazywał się w kolejnych numerach Pruszkowskich Wieści, jak powolny nurt, który wraca, żeby opowiedzieć dalszy ciąg.

Między Bugiem a Utratą List pierwszy
13.06.2026
Na wschodzie dzień rozpoczął proces kruszenia. Maki gubiły płatki, a Wera sandały i drobiny kolejnego lata. Zwiedzała wieczór boso. Każde źdźbło trawy, kretowisko, każdy kamyk badała głodnym ciężarem stopy. Przemierzała podwórko, jakby ktoś wymazał z pamięci kilka dekad, które podobno miała za sobą. Teraz czuła się jak dziewczynka, której nie odebrano przywileju odkrywania.
Nawet Bug się otworzył ubierając inne „u”. Uwielbiała wpadać bez zapowiedzi. Zaskakiwać rozmową, która miejscami przypominała modlitwę. Zanurzała nogi w jego objęciach i pozwalała przez siebie przepływać. Wtedy słyszała głosy – odpowiedzi. Wystarczyło zgasić powieki.
Wakacje to idealny czas na takie podróże. A może by tak wyjść poza melodię Bugu, Krzny, rzek, wody, emocji? Może warto włożyć buty i przestać odpływać? Tak szumiały odpowiedzi, a dzięcioły w tle wystukiwały potwierdzenie. STUK – STUK, TAK – TAK! Ale jak?
Rytmiczny odgłos pracy dzięcioła wprawił ją w zakłopotanie. Konsekwencja, stałość, brak zakłóceń. Pewny siebie robi swoje, nic więcej. Robi swoje! Weronika łapie zasięg, co graniczy z cudem i sprawdza, co takiego motywuje ptaka. Poszukiwanie pożywienia, komunikacja, wykuwanie dziupli. Zastanawia się, co robi teraz? I co ona, w zasadzie, teraz robi?
Zawsze to samo. Hipnotyczna przyjaźń z Bugiem. Krótkie wyjazdy do Nepli, Serpelic, Drohiczyna i święty powrót do Szachów. Kłuje ją ta odmiana, uwiera. Gdyby zdobyła przywilej poprawienia tego błędu w języku z przyjemnością usunęłaby końcówkę. Do Szach, tak w jej mniemaniu powinna wybrzmieć jej miejscowość. Na szczęście tutaj będzie mogła sobie na to pozwolić. Więc wróciła do Szach. Rozsypała kilka drobin, kruszeń nadbużańskiego piasku na podłodze. Pozostawiła ślad przemieszczenia, nawet jeśli było tylko podróżą duchową. Bezczelnie wywinęła kieszenie szortów, z których spadło kilka ziaren. Pomachała głową i strzepnęła gładkim ruchem resztki z koszuli w oliwkową kratę. Nic nie było widać i nic nie było słychać. Ale dowód na pewno spadł na ziemię. Dowód na przemieszczenie. Na brak zastygłej pozy. Dowód na ruch. Uświadomiła sobie, że potrzebuje więcej takich dowodów. Postanowiła wyruszyć poza granice swoich przyzwyczajeń. Nie za daleko, mieszcząc się w możliwości szybkiego i w miarę bezbolesnego powrotu.
Może Pruszków? To miasto Iwy, a ona zawsze mówi o nim ciepło.
Wera
Siedziała nad Utratą, w tej ciszy utkanej z oddechów drzew i z szelestów, które zdają się być szeptami samej ziemi, i nikogo tam nie było, jeśli nie liczyć ptaków sfruwających z jednej gałęzi na drugą, jakby odgrywały w powietrzu swoje niewidzialne role, oraz wiewiórki, tej rudej akrobatki, która przeskakiwała z drzewa na drzewo, zmierzając w stronę lasu, gdzie zapewne miała swoją spiżarnię, swoje tajemne komory, do których już znosiła zapasy na zimę. Ona naprawdę słyszała i rozumiała, kiedy się o niej mówiło, bo, gdy Iwa mruczała do siebie: „Ale spryciara”, ta nagle zatrzymywała się w pół ruchu, patrzyła na nią przez krótką chwilę swoim przenikliwym, leśnym spojrzeniem, po czym znów mknęła po gałęziach, czasem tak cienkich, że Iwa bała się o nią, że spadnie pod ciężarem własnej zapobiegliwości, a ona, jakby nigdy nic, zwisając na czubku gałęzi, ratowała się kolejną, jakby rządziła nią jakaś własna, niepojęta geometria ruchu.
Chyba jej zazdrościła. I kiedy siedziała tak wśród drzew, nad szumiącą cicho rzeką, miała wrażenie, że cała ta magiczna sceneria zaczynała drżeć jak zasłona, za którą krył się inny świat. Liście szeptały do siebie w języku, którego nie znała, ale który rozumiała sercem, a wiewiórka, ta sama, co przed chwilą mknęła do lasu, nagle zatrzymała się na pniu i patrzyła na nią tak długo, jakby chciała zaprosić ją do swojego królestwa pod korzeniami, gdzie podobno mieszkają strażnicy tego, czego nie widać od razu, a co jest najważniejsze. Poświst, ten duch drzewny, o którym tylko starzy ludzie mówią, przeciągał się w gałęziach i strącał na ziemię pojedyncze gałązki, niby znaki, niby wskazówki, że świat jest większy, niż nam się wydaje, i że czasem wystarczy tylko zamknąć oczy, by usłyszeć, jak ziemia oddycha.
I kiedy tak siedziała nad Utratą, myślała o Szachach Wery i o Bugu, który kruszył dzień inaczej niż jej rzeka – szerzej, odważniej. Czasem miała wrażenie, że jego szum docierał aż tutaj, niesiony przez ten sam wiatr, który poruszał gałęzie nad głową Wery. Jakby dwie rzeki, oddalone od siebie, zaczynały prowadzić rozmowę ponad ich myślami. Może naprawdę zaczęły to robić wcześniej, zanim one w ogóle pomyślały o pisaniu. Może to właśnie one pierwsze wiedzą, dokąd mają iść dalej: Bug ze swoją szerokością i Utrata ze swoją cichą głębią…
Spróbujmy nadążyć za ich szeptem…
Iwa

Ilustracja: Weronika Iwaniuk
