Kraków wyczekiwany
Kraków znów mnie zatrzymał, jakby wiedział, że przyjeżdżam głodna jego zakamarków, spragniona chwil, które tylko on potrafi dawkować z taką czułością. Może rzeczywiście się w nim zakochałam, ale jak tu się nie zakochać, kiedy miasto za każdym razem uchyla przede mną nowe drzwi, prowadzi w miejsca, o których nawet nie śniłam. Ja się delektuję, a on mi podsuwa emocje.
Nogi idą tam, gdzie głowa planuje, choć ręce, jak zwykle spóźnione, nie nadążają z zapisywaniem. Historie plączą się pod stopami, proszą o uwagę, a ja wiem, że jeśli ich nie uchwycę, rozpłyną się w zapomnieniu jak mgła nad Wisłą.
Najpierw Kraków każe czekać. Nie zdążył przygotować dla mnie pokoju, więc sadza mnie w Restauracji Francuskiej na czarnych, żeliwnych krzesłach, pod okiem Czapskiego.

Myślę: będzie artystycznie i przechodzę z pokoju do pokoju wystawy, z jednego roku jego życia w kolejny. Idę z nim do Kozielska, jadę do Paryża, słucham, jak tworzy „Kulturę”, jak zachwyca się Proustem i jego W poszukiwaniu straconego czasu. Już wiem, co sobie niedługo odsłucham w Audiotece. I można się zapatrzeć w jego obrazy tak, że człowiek zapomina, że miał gdzieś iść.



I gdy jadłam francuskie śniadanie, poczułam, że Czapski naznaczył moje krakowskie dni, jakby powiedział: uważaj, zaraz coś się wydarzy. W kawiarni było cicho i klimatycznie, a na zewnątrz za oknem zielono. Postacie kroczące w ogrodzie obok zatrzymywały mnie w pół kroku, narzucały stanie, więc stałam. Trzy bezgłowe sylwetki, prawie trzymetrowe, jakby wyrastały z ziemi, jakby dopiero co wyruszały w drogę. Ale przed tym wyruszeniem jeszcze staliśmy razem, wsłuchani w szum liści, w śpiew ptaków, w deszcz, który pokropił tu i tam, jakby chciał podpisać się pod tą chwilą. A może Kraków sam wypuścił je na spacer, żeby sprawdziły, kto dziś przychodzi w odwiedziny?



Wychodzę z parku rzeźb z postanowieniem, że muszę tu wrócić i coś napisać. Bo takie miejsca nie wybaczają milczenia.

Na drugi dzień rano, wychodzę bez celu w Kraków wyczekiwany, choć nie wiem, czy otwarty na samotne zwiedzanie. Myślę sobie: siądę w Cichym Kątku, zjem dobre śniadanie – to wcale nie Przesada, a potem może coś popiszę. Taka krakowska Retoryka.



W hałasie można się wyłączyć, a jeśli nie można, Kraków wyczuwa nastrój przechodnia i podsuwa mu plakat wielki na dwóch ludzi, więc trudno przeoczyć. Vincent van Gogh. Wystawa. Jak to wystawa van Gogha? I to za plecami, na Brackiej 13? Przecież właśnie stamtąd przyszłam. Wracam. Chcę przeżyć spektakularne wydarzenie immersyjne, chcę wziąć udział w światowej premierze…

Gdy Pani pyta, czy chcę zwiedzać z przewodnikiem w uszach, waham się tylko chwilę. No pewnie, że chcę. Bez tego to nie ma po co wchodzić na wystawę. Przebiegnie się ją bezrefleksyjnie a tak coś zostanie, może zakiełkuje, może powstanie słowo, albo nawet dwa i pomysły jakieś… Zapominam telefonu. Pierwszy raz oglądam tak zupełnie skupiona na patrzeniu, na przeżywaniu, na byciu w środku obrazu. I jest dobrze. Napiszę kiedyś dokładnie jak mi tam było. To będzie moja fotografia. Niech słowa będą moimi oczami.
Wystawa na prawie 1500 metrowej przestrzeni, przedstawiająca całe życie artysty, odtworzona została z listów Vincenta van Gogha do jego brata. Przechodziłam z pokoju do pokoju czytając każdą tabliczkę i rejestrując każdy przedmiot i drobiazg związany z malarzem. Gdy weszłam do pokoju mówiącym o jego wierze w Boga – zamurowało mnie, a gdy razem z „nim” zjeżdżałam wirtualnie do kopalni aby nawracać górników – miałam łzy w oczach…
Był na wystawie obraz nieznanego artysty, obraz kupiony przez jego brata Theo – czerwone porzeczki w misie na stole – czerwień tych porzeczek była tak bliska naturze, że aż podeszłam do obrazu chcąc sprawdzić czyje to dzieło tak mnie zachwyciło – i wtedy włączył się alarm. Poczułam gęsią skórkę unoszącą się do lotu gdy nagle zjawiła się przy mnie strażniczka, ale dobrze się skończyło. Warto było podejść blisko, aby poczuć ten dreszczyk emocji, a miałam przecież dobre intencje – to co dopiero byłoby gdybym naprawdę stała przed oryginałem, takimi Słonecznikami…
Z wystawy poszłam prosto…

na Wawel, za zapachem kwiatów i to dosłownie. Były tak piękne, że na chwilę świat skurczył się tylko do ich kolorów. Czułam się spełniona, gdy zobaczyłam całe pole żółtych kwiatów na tle niebieskiego nieba, prawie jak słoneczniki Vincenta van Gogha, a może po prostu chciałam je tak widzieć. I zapragnęłam, zamarzyłam, aby zobaczyć obrazy malarza, bo jeśli reprodukcje wywołały we mnie takie emocje, to co dopiero oryginały. Nie wiem, kiedy to się spełni, ale… pozwalam sobie nie wiedzieć.
Kraków uświadomił mi, że nie muszę wiedzieć, co wydarzy się za chwilę, czy skręcę w dobrą ulicę, czy wykorzystam dzień wystarczająco dobrze i że czasami najpiękniejszy plan to jego brak. Szłam przed siebie, patrzyłam, czułam, dałam się poprowadzić nogom; nie prowadziłam dnia, tylko pozwoliłam, żeby przez moment to on mnie poprowadził. Kraków przypomniał mi, że nie zawsze muszę wiedzieć, dokąd zmierzam, żeby trafić dokładnie tam, gdzie chcę być.



Przedział dwudziesty
Czasami życzliwość wychodzi człowiekowi naprzeciw zupełnie nieproszona. Taka zwyczajna, niewielka, a jednak miła.
Kiedy odnalazłam swój 20 przedział i wsiadłam do pociągu, jeden z pasażerów od razu zaproponował, że umieści moją walizkę na półce. Podziękowałam, trochę zaskoczona. Podróżując, zdążyłam już zebrać różne doświadczenia i nauczyłam się sama sobie radzić.
Usiadłam, wyjęłam laptopa, założyłam słuchawki. Na kolanach położyłam książkę. Na razie jednak miałam zamiar popracować. Ekran, słuchawki, własne sprawy, czyli wszystko, co pozwala wśród obcych stworzyć małą prywatną przestrzeń. Mimo słuchawek docierały do mnie jednak strzępy rozmów z korytarza pociągu. Jeden głos przebił się przez moją starannie zbudowaną barierę (i całe szczęście). Ktoś na korytarzu uporczywie dopytywał:
– Czy to na pewno pociąg do Warszawy?
Coś mnie tknęło. Spojrzałam przez okno i po drugiej stronie peronu zobaczyłam na wyświetlaczu mój pociąg. Mój prawdziwy pociąg. Z właściwą godziną odjazdu. Prawie spadłam z siedzenia. Zaczęłam gorączkowo zbierać swoje rzeczy i w pośpiechu wybiegłam z wagonu. W ostatniej chwili przypomniałam sobie o telefonie, choć właściwie to nie ja sobie przypomniałam, tylko moi czujni współpasażerowie.
Po chwili stałam już zadowolona na peronie, po właściwej stronie, czekając na właściwy pociąg, który jak się okazało, miał piętnastominutowe opóźnienie. Po peronie przechadzali się młodzi ludzie w czerwonych koszulkach z wielką literą „i” na piersi i plecach. Przyglądałam im się z zaciekawieniem. Pomyślałam, że to pewnie stażyści albo informatorzy. Tylko o co właściwie można ich pytać? Czy naprawdę potrzeba ludzi do tłumaczenia podróżnym tego, co przecież napisano na tablicach? Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka minut sama będę jedną z tych osób, które bardzo potrzebują „i”.
Kiedy pociąg wreszcie nadjechał, ruszyłam z walizką w stronę swojego dwudziestego wagonu. Mijałam kolejne wagony, aż nagle zobaczyłam, że skład kończy się na siedemnastym. Stanęłam jak wryta. I właśnie wtedy, jakby wywołana moją bezradnością, pojawiła się przede mną pani z wielkim „i”. Spokojnie wyjaśniła, żebym poczekała. Brakujące wagony za chwilę zostaną podłączone. Stały po drugiej stronie.
Po drugiej stronie…
Spojrzałam w tamtą stronę i nagle wszystko zrozumiałam. Przecież ja już tam byłam. Przecież ja już siedziałam w swoim wagonie. Uciekłam z właściwego pociągu, żeby zdążyć na…właściwy pociąg. I gdy ponownie weszłam do swojego wagonu, zostałam przywitana niemal chlebem i solą. Moi niedawni współpasażerowie śmiali się już od korytarza. Walizka, bez zbędnych pytań, znowu powędrowała na półkę.
– My się chyba już gdzieś widzieliśmy? – zapytał starszy Pan i wszyscy z przedziału śmialiśmy się, jakbyśmy rzeczywiście znali się od dawna. Tym razem nie odgrodziłam się od ludzi. Laptop został zamknięty, słuchawki przestały być potrzebne. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie historie, choć jeszcze chwilę wcześniej byliśmy dla siebie zupełnie obcy.
I wtedy spojrzałam na książkę, którą przez cały ten czas woziłam ze sobą – I inne historie Georgiego Gospodinowa. Pomyślałam o tym, jak Gospodinow wychodzi do ludzi po historie, jak ich słucha, zbiera drobiazgi, przypadkowe zdania, cudze losy. A ja jechałam pociągiem z jego książką na kolanach, zamierzając czytać o historiach, podczas gdy jedna z nich właśnie przydarzyła mi się po drodze. Wystarczyło tylko zdjąć słuchawki.

PS No dobrze, przyznam się, miałam w Krakowie oczywiście podpowiedzi, takie wskazówki od dwóch panów: spokojnie, idź dalej, dobrze idziesz…



Cudowna historia, malowniczo opisana. Odczytuję ją jak zaproszenie do wspólnej podróży i chcę więcej.