Obcy
Pociąg relacji Suwałki – Miasto Pustych Ulic. Młody mężczyzna opowiada swoje życie. Właściwie to wyrzuca z siebie osobiste słowa. Przed obcymi ludźmi. Nikt nie wciśnie się w jego opowieść. To jego opowieść. Pilnuje, aby nie było żadnej przerwy między słowami. Czasami aż brak mu powietrza, ale teraz on ma głos i na pewno nikomu go nie odda. Słowa lecą w górę, nie spadają. Czuć, że płyną prosto z serca, tak jakby wraz ze słowami opadły wszystkie maski, które zakładał przez całe życie. Obcym łatwiej jest powiedzieć wszystko. Obcy nie zadają pytań. Obcy nie dają rad jak bliscy, którzy sprawdzają, czy już wszystko jest dobrze. Obcy rozumieją. Obcy wysłuchają i zaraz zapomną. Wszystko zostanie w niepamięci za zamkniętymi drzwiami pociągu wieńczącego metę podróży. Obcy.
Obca kobieta w średnim wieku słucha chłopaka, a jej myśli wędrują do czerwonego pamiętnika, który zostawiła na biurku, zupełnie na wierzchu, bez okrycia, bez maski bezpieczeństwa, a tam przecież…
Obca
Dom dziadków… Mała dziewczynka. Nie za mała na czytanie. Druga dziewczyna Duża. Prawie dorosła. Duża lubi sprzątać. Ciągle przegania Małą z kąta w kąt, aby jej nie przeszkadzała. Mała w tych wysprzątanych kątach znajduje białe, pogięte karteczki, zapisane niebieskim długopisem. To spisane grzechy Dużej. W punktach. Wiele tych punktów. Mała nie rozumie, ale czuje, że to tajemnica. Co tydzień kolejna, pognieciona karteczka i tak przez całe wakacje. Mała zbiera te karteczki, wkłada do książki, aby je wygładzić, wyprostować…, tylko, że Wiatr je gdzieś rozwiał i poniósł, gdy raz zostawiła książkę na ławce przed domem…
Znajomy Wiatr
Owiewałem wszystkie swoje posiadłości. Zaglądałem w każdy zakamarek lasu. Otulałem stary dom o trzech ścianach, przykryłem kołderką z liści Małą dziewczynkę, śpiącą pod drzewem w ramionach czarnego kota. Grzechy…grzechy powciskałem w różne miejsca, może się nie wysypią…
Każdy, kto usłyszał jej imię, robił wielkie oczy. Mała dziewczynka tak naprawdę miała na imię Karina, ale wszyscy wołali na nią Kara. Tak było krócej. Pierwszy raz uciekła z domu, gdy miała trzy latka. Nikt się nią nie interesował, a poza tym ciekawiło ją bardzo, co było za płotem. Nie rozumiała, dlaczego furtka musi być ciągle zamknięta. Koniecznie chciała wiedzieć, co znajduje się za domem. Raz nadarzyła się taka sposobność, gdy sąsiadka, która przyszła do jej mamy z wizytą, nie zamknęła furtki. Po cichutku, nie oglądając się za siebie, wyszła z domu i szła jak ta „Pyza” przez świat podziwiając otaczające krajobrazy. Jaka ta trawa wysoka – dziwiła się patrząc na kukurydzę, która ciągnęła się po obu stronach drogi, nie mając pojęcia, że to nie jest trawa. Jej nóżkom wydawało się, że miejsce, które sobie upatrzyła, jest blisko, ale tak naprawdę to było daleko. Pokonała w końcu zamierzoną trasę i znalazła się na polanie pod lasem, przed opuszczonym, starym domem. To nie był jednak zwykły dom, jakie widziała i znała z bajek. Nie miał dachu i jednej ściany, w środku zamiast podłogi rosła trawa, a na środku stało wielkie drzewo. Usiadła pod tym drzewem zmęczona drogą, a łzy same zaczęły lecieć po jej policzkach. Było jej bardzo smutno, czuła się opuszczona i jedyna na świecie. Jak już się wypłakała, przytuliła się do drzewa. Poczuła bijące od niego ciepło. Zamknęła oczy i tak stała zespolona z drzewem, a gałęzie łagodnie ją otulały. Nagle coś miękkiego otarło się o jej małe nóżki. Spojrzała w dół i zobaczyła Czarnego Kota, który wpatrywał się w nią przekrzywionym z zaciekawienia pyszczkiem. Uklęknęła przed nim i pogłaskała go delikatnie po grzbiecie. Przytuliła się do Kota, obejmując go małymi rączkami.
Czarny Kot
On i Ona, odkąd przejęli gospodarstwo rolne, wstawali codziennie o godzinie czwartej – piątej rano. Musieli wydoić krowy, przecedzić mleko do kanek i wystawić je na drogę. Zwierzęta przyzwyczajone do czasowego karmienia i własnego zegara, dopominały się co rano o swoje. Po „obrządku”, tak około szóstej, wspólnie pili kawę i słuchali wiadomości rolniczych w radiu, by znów oddać się polnym pracom, których o każdej porze roku było bez mała.
Minęło wiele lat. Raptem wszystko przestało się opłacać. Nie nadążali za nowinkami i wymaganiami nowego porządku świata, galopującej technologii. Gospodarstwo zaczęło szczupleć z każdym rokiem, aż … zupełnie znikło…
Godzina piąta rano. On wstaje, by nastawić wodę w czajniku elektrycznym. Ona włącza radio, by wysłuchać najświeższych wiadomości. Ta sama częstotliwość radiowa od wielu lat. Siadają oboje za stołem. Zapalają papierosa, choć On już nie powinien, ale trudno rozstać się z przyzwyczajeniem. Kawę piją w ciszy. Czasami patrzą na siebie. Ich spojrzenia mówią wspomnienia…
O ławce, na której siadali w każdą niedzielę i wymieniali uwagi z sąsiadami.
O Burku na łańcuchu, (to akurat dobrze, że nie ma łańcuchów, ale Burka szkoda).
O Czarnym Kocie, który już nie przebiegnie nikomu drogi.
O Małej dziewczynce…
Po porannych rytuałach, znów kładą się spać. I tak codziennie. A Kogut pieje melodię o wczesnym wstawaniu…
Fragment opowiadania, które miałam przyjemność zaprezentować podczas Gali Konkursu Turnieju Jednego Wiersza | Edycji 1 / Literackiej w Krakowie, w Teatrze 38, w Klubie pod Jaszczurami.
„Klub pod Jaszczurami to przede wszystkim ludzie”









Fotorelacja zdjęciowa i filmowa: Weronika Iwańska i Monika Kasprzyk
