Jesienne Targi Książki w Warszawie. Niedzielne popołudnie. Spotkanie autorskie z Justyną Hankus, autorką książki „Dwie i pół duszy. Folk noir”. Kawiarenka Kinoteki wypełniona w połowie czytelnikami. W drugiej połowie toczy się normalne życie – klienci, szkło obijające się o szkło, taka…barowa krzątanina. W powietrzu unosi się zapach kawy, widać kłębki dymu znad filiżanek. Siadam na końcu sali i przysłuchuję się prowadzonej rozmowie. Czuję się jakoś dziwnie, bo książki jeszcze nie czytałam, choć mam egzemplarz z autografem. Pamiętam, że książka ważna dla blogerek, które czytam, ważna dla przyjaciela. Dla mnie ważny tytuł. Chcę się dowiedzieć, dlaczego taki, co oznacza. Słucham i widzę obrazy. Sama nie wiem, kiedy podnoszę rękę i pytam autorkę, jak sama namalowałaby tytuł swojej książki. Ciekawi mnie i zastanawia, bo jak tu namalować duszę… albo dwie i pół duszy…?

Długo jeszcze noszę w sobie tytuł książki, zanim zacznę czytać…, czego się obawiam, że tak zwlekam…?
Zabieram książkę ze sobą w różne drogi, ale nie nadarza się okazja, żeby ją otworzyć. W końcu w jedno niedzielne popołudnie, wśród drzew i zieleni, gdy zaczyna już szarzeć, otwieram ją i czytam pierwsze słowa: „Lato zestarzało się i przytyło…”. I wiem, że książka jest moja.
Jak napisać o książce, w której nie ma nawet jednego zbędnego zdania, nawet jednego zbędnego słowa? Jak napisać, aby nie przegadać? Z pomocą przychodzi Kinga Młynarska z Przeczytane/Napisane. Zapytała na swoim blogu, jaka książka zmieniła nasze myślenie, coś w nas zmieniła. Napisałam o książkach z dzieciństwa, ale pomyślałam też o tej książce, bo na długo mnie zatrzymała przy sobie. Może dlatego tyle w sobie ją noszę, bo przywołuje wspomnienia wsi rodzinnej mojej babci, wspomnienie wsi, gdzie „chodziło się wcześnie spać” (i wtedy zaczynały dziać się rzeczy dziwne), gdzie „…prószył drobny śnieg, niechciany ludziom, obojętny na wszystko”.

„Dwie i pół duszy”. Uczucie tajemnicy towarzyszy niemal przez całą książkę, a ta skrywa się za firankami, w przelotnym, ale przenikliwym spojrzeniu sąsiadów głównego bohatera, Mateusza, w pobliskim lesie czy w samej nazwie miejscowości i otaczającej ją mokradeł, jezior i bagien.
Czy jeden człowiek może mieć dwie dusze? Czy dusza jednego człowieka może wystarczyć na dwoje? Czy rodzinne tajemnice mają wpływ na nasze życie, a jeśli tak, to jak odnaleźć się w wyborach, drogach, zakrętach, gdy już te tajemnice poznamy?

W książce wybrzmiewa wykluczenie, zmowa milczenia. Obrazy jak z „Pokłosia” Pasikowskiego, choć przykłady można by mnożyć. Większość jest siłą, ma sprawczość, jest tą „lepszą” stroną – za taką się uważa. Jednostka jest, a jakby jej nie było, jest jakby w szczerym polu, z jednej strony wykluczona a z drugiej na ustach i w oczach wszystkich. Społeczność jest zamknięta na „inność”, a ta jest napiętnowana i wytykana palcami.
Zwroty akcji czasami zaskakujące i do końca nie wiadomo, w którą stronę idzie opowiadana historia. Sekrety rodzinne, zmaganie się z przeznaczeniem, wewnętrzna walka głównego bohatera, odkrywanie siebie i innych wciągają i zastanawiają. A osadzone wśród takich niezwykłych postaci jak Wodnik, Wiedźmawa, topielice (tu „Nawiść” autora nieznanego. mi się przypomniała i jego słowiańskie klimaty) nadają książce kolorytu.
Aż roi się od zabobonów, ale wśród wierzących to istna plaga, którą trudno wykorzenić. Dużo w nich mroku i zła, ich duszom daleko od krystaliczności. Pod osłoną nocy przenosimy się do świata grozy, dziwnych zdarzeń, nadprzyrodzonych zjawisk i śmierci.

Przeszkadzała mi, choć może to złe słowo, cywilizacja wkradająca się do mrocznej historii. Moja wyobraźnia podążała za bohaterami i osadziła ją w epoce bez telewizora i bez telefon. Ta mroczność i tajemnica, wierzenia ludowe i tradycja, dobrze wpisywały mi się w początek XIX wieku. Już nawet szłam w krainę baśni, magii a tu pstryk i nowoczesność budziła mnie zimną wodą i znów musiałam osadzać czytane historie w odpowiednim czasie. Choć może to celowy zabieg autorki, aby pokazać, że dla zła i dobra nie ma ram czasowych, odnajdują się w każdych czasach…
Książka Justyny Hankus zasiała we mnie uwagę na słowo „dusza”. Sprawiła, że co jakiś czas przypominam sobie o niej czytając inne książki, słuchając co ludzie mają do powiedzenia. Zastanawialiście się na przykład nad tym czy dusze starzeją się z upływem czasu? Czy jeśli jest „naga dusza„ to jest też ubrana, a jeśli tak to w co? Mówi się „bratnie dusze” – czy to jedno z najlepszych określeń przyjaźni?

PS Mówi się, aby nie opowiadać o czym jest książka, bo zdradza się historię i ona już nie jest taka interesująca. Jedni właśnie dla historii czytają książki. Ale to co dla mnie jest ważne, to jak dana historia została napisana. W przypadku książki Justyny Hankus, jestem pod wrażeniem samego opowiadania jak i plastycznemu stylowi jej napisania. No i oczywiście tytułu i pierwszego zdania. Za co chciałabym jeszcze docenić autorkę? Za postać Cyganki Azy. A dlaczego? Sami przeczytajcie.
„Dwie i pół duszy. Folk noir” – Justyna Hankus – [Wydawnictwo Powergraph]

Z duszą opisane wrażenia, klimatycznie, malarsko…
Dziękuję:) To jest świetna książka!