Ja, Śmierć

„Żyj tak, żebyś uzbierał ludzi na swój pogrzeb…„

Zacznę od tłumaczenia się. Mam książkę Renaty Blicharz „Ja, Śmierć” bez mała dwa lata. Tyle czasu zajęło mi oswojenie się z nią. Najpierw nosiłam ją przy sobie i czekałam na dobry moment, aby ją w końcu przeczytać. Tytuł powstrzymywał mnie przed otworzeniem książki. Może bałam się znaleźć w niej słowa słone jak łzy? I tak lękając się sama sobie zadawałam pytania: czy ja na pewno chcę wiedzieć co autorka ma mi do powiedzenia na temat Śmierci jaką sobie wymyśliła? I tak noszony tomik, zestarzał się do roku i gdy już nabrałam do niego przekonania, gdy czułam, że przyszedł dobry mement, umarła moja przyjaciółka literacka i …książka trafiła na sam spód książek do przeczytania.

Na wiosnę, gdy wszystko budzi się do życia, pod dachem od nowa stworzonym przez młode listki brzozy, w otoczeniu ludzkiej pustki (bo nie w ciszy, wszak ptaki słuchały) przeczytałam na głos wiersze Renaty Blicharz. Jak dobrze mi się je czytało. Tak lekko. Polecam czytanie na głos (kiedyś było jakoś fajniej, ludzie czytali sobie nawzajem, śpiewali wspólnie, spędzali ze sobą czas…).

W niedzielę przeczytałam tomik raz jeszcze, w tym samym miejscu, tylko po burzy, po to, aby samą siebie uspokoić. I naraz spadł na moją głowę listek brzozy, jak nutka, pożółkły już, a to wszak lato jeszcze… i przypomniałam sobie wiersz Urszuli Kozioł „Nutka spod lipki”, a wieczorem zobaczyłam informację, że odeszła…

„Bezdomność”

Wszystko dzieje się w swoim czasie, zbiega się nieświadomie i dopiero później, zestawiając ze sobą fakty, widzimy jak na dłoni, że przeznaczenie, może współzależność jest nam pisana.

Gdy wymyślałam opowiadanie jak to Śmierć wędruje od chałupy do chałupy w pewnej kurpiowskiej wsi, przysiada na ławce i tłumaczy się żyjącym mieszkańcom wybranych chałup, dlaczego musiała przysiąść akurat na ich ławce, nie wiedziałam o tomiku wierszy Renaty Blicharz „Ja, Śmierć”. I u mnie i u poetki, Śmierć staje się osobą.  U mnie Śmierć rozmawia z gospodarzami, zwykłymi ludźmi. U Renaty Blicharz Śmierć wadzi się z Wisławą Szymborską, pisze list do Jana Jakuba Kolskiego i wspomina o Franciszku Pieczce. Tłumaczy się jednak wszystkim z siebie…, ale też opowiada i zwierza się nam ze swoich przemyśleń.

U mnie Śmierć ma stereotypową kosę (śmieję się czytając wiersz autorki „Ach ci artyści”, zaś zamyślam przy wierszu „Narzędzia” ), choć jak przysiada na ławkach i tłumaczy się ze swego przyjścia, staje się współczująco ludzka. Ale ja nie poszłam tak daleko jak autorka i nie wcisnęłam w nią ciepłego ducha, raczej wadzę się z nią. Tu czuję spokój i oswojenie się i od razu myśl – czyli nieuniknione, gdy zostaje oswojone jest przyjazne, akceptowalne, jest zwieńczeniem, ale też nadzieją. W czym ta nadzieja? Że za wrotami, które się otworzą, gdy Śmierć nas już wypuści ze swych objęć jest święty spokój…Tak pomyśli wierzący, nie wątpiący, jemu może łatwiej…?

Ale jesteśmy jeszcze tu, na Ziemi, gdzie każdy „skazany” jest na Śmierć, wszyscy są równi, choć do jednych przychodzi wcześniej, dla innych za późno, ale zawsze stawia się o wyznaczonej godzinie, tam, gdzie trzeba. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę (a co wyraźnie zauważyłam u Renaty Blicharz) na słowo jakie zawsze można zobaczyć na wieńcach pogrzebowych. Zawsze – „Żegnaj”, nigdy – „Do widzenia”. Autorka oswaja nas z tym słowem. W „Do widzenia” jest przyszłość, jest nadzieja a w „Żegnaj” jest koniec…koniec ziemskiego odcinka, jest punkt B do którego szliśmy z punktu A, jest ściana bez drzwi dla żyjących. 

Okładka przypomina mi wycinankę, może trochę mandalę, a w barwach biało-czarnych, wygląda tajemniczo choć muszę powiedzieć, że patrząc na nią, wyobrażam sobie poszczególne kwiaty, ale w kolorze. Trochę tak, jakbym chciała zamienić czarno-biały obraz na kolory.

Gdy wybierałam się ostatnio do Krakowa, odruchowo zapakowałam tomik wierszy Renaty Blicharz. I gdy zobaczyłam mozaikową podłogę w kamienicy, w której mieszkałam, długo się jej przyglądałam zachwycona. Patrząc na nią, najpierw widzę całość i długo widzę całość, ale gdy się dłużej przyglądam, dostrzegam poszczególne jej elementy i dociera do mnie ta jej szczegółowość.

Podobnie jest ze Śmiercią. Niby jest obok nas, ale my jej nie widzimy, nie myślimy, nie oswajamy się z nią, bo tak zajęci Życiem, nie chcemy o niej wiedzieć, bo po co? Przecież jest daleko, niewidoczna. Myślenie o niej pojawia się w specjalnych okolicznościach Życia…, gdy odejdzie nagle ktoś bliski, gdy zabraknie nieoczekiwanie kogoś, kto był dla nas ważny, gdy ktoś poważnie zachoruje choć wtedy nadzieja odpędza myślenie o ostateczności.

Kiedyś byłam świadkiem takiej rozmowy:

– Dawno nie widziałem cię w kościele?

– O, proszę księdza, jak będę stary to krzyżem będę leżał w kościele, proszę mi wierzyć…

Niby rodzimy się ze Śmiercią w pakiecie jak z wyprawką na całe Życie, ale jest jakby zamknięta w puszce Aladyna – niby jest, ale jej nie ma. A tu Renata Blicharz otwiera ją przed nami, oswaja na swój sposób… Pokazuje Śmierć w pracy, w czasie zlecenia, nadaje jej emocje. Jej Śmierć kocha ludzi, jest sprawiedliwa, współczująca, zbratana z Życiem – bez Życia jej nie ma.

Wiele wierszy zatrzymuje, na przykład „Lustra”.  

„w moim domu nie ma luster

nie umiem opowiedzieć niczego o sobie

(…)

w moim domu nie ma luster

w moim świecie nie ma domu”

Przypomniałam sobie pogrzeb na wsi u Babci na Kurpiach, na który poszłam w tajemnicy, bo dorośli nie chcieli mnie ze sobą zabrać. Pamiętam, że wtedy otwarta trumna ze zmarłym stała w domu trzy dni i dopiero na trzeci dzień zamykano wieko i wyprowadzano zmarłego na cmentarz i zasypywano w wielkim dole. Co wieczór przychodzili sąsiedzi modlić się za zamarłego, śpiewać pieśni pogrzebowe, płakać… To co dla mnie małej było dziwne, to czarne materiały zakrywające lustra. Gdy zapytałam kogoś a po co tak, usłyszałam, że gdy Śmierć jest w domu, nie można oglądać się w lustrze, bo można zatrzymać duszę zmarłego i będzie się błąkać po świecie. Oczywiście zajrzałam, ale nic poza swoją zdzwioną twarzą nie zobaczyłam. Pamiętam więcej wierzeń ludowych związanych ze Śmiercią, np. gdy szedł kondukt żałobny na cmentarz, a ktoś jechał z naprzeciwka wozem, musiał się zatrzymać, bo inaczej mógł Śmierć przywieść z powrotem do wsi.

Ludzie mówili: „O, dużo ludzi uzbierał na swój pogrzeb…widocznie był dobrym człowiekiem…” albo „”Żyj tak, żebyś uzbierał ludzi na swój pogrzeb…”

Renata Blicharz obeszła się ze Śmiercią na każdym jej poziomie, uchwyciła jej wszystkie strony, zajrzała w każdą szparę wymiatając wszystkie cienie z jej obszernego płaszcza. Niby wszystko o niej wiemy, ale humorystyczny sposób jej opisania jaki zaprezentowała autorka, daje nam nowe możliwości odbioru, inne ujęcie tematu, jaki znamy z poezji. Myśląc o prozie w tym zakresie, od razu przychodzi mi na myśl książka Justyny Hankus „Poświst. Folk noir”, którą właśnie czytam i tam odniesienie ludowe do zjawiska Śmierci, symbolika słowiańska również bardzo wybrzmiewa.      

W wierszu „Mów mi po imieniu” Śmierć najbardziej cieszy się ze swojego imienia Tanatos – w końcu ma rodzinę, nie jest samotna.  Oj zwodzi nas, zwodzi – raz się odsłania, uśmiecha, by za chwilę zasępić się, posmutnieć, mówić półsłówkami, okręcać słowa tajemnicą. Czujemy jej zmęczenie, niesprawiedliwe osądy i raptem zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy po jej stronie…, nie boimy się jej. Renata Blicharz uczłowieczyła nam Śmierć…  

Śmierć…temat wyeksploatowany przez piszących, ale jakże trudny, mimo wszystko trudny…Nawet teraz, gdy już napisałam to z czym chciałam się z Wami podzielić, nie jestem do końca przekonana, że to już wszystko…być może jutro pomyślę inaczej, a za rok jeszcze inaczej. Wiem jedno – wiersze z tomiku „Ja, Śmierć” uspokajają, nie przerażają. Dziękuję za nie autorce.

PS Dostałam od autorki tę wspaniałą mandalę. Wspaniałą już za sam motyw krzeseł, które jak wiecie, są mi bliskie. Wstawiłam ją odruchowo w czarną ramkę, bo tak mi pasowała. Koleżanka mówi, ale czemu w czarnej ramie, ona pięknie by wglądała w złotej. Wtedy tego nie widziałam, po zastanowieniu się przemalowałam ramę na złotą, bo i tak sama mandala jest na pierwszym miejscu. Uwielbiam na nią patrzeć. Mam ją na wprost moich oczu, gdy kładę się spać i gdy poranek mnie budzi. Uspokaja mnie. Wprowadza w codzienny rytm. Daje poczucie ułożenia i stabilności, a nawet spokoju. Dziękuję Renato raz jeszcze za ten dar. Widzę w nim dużo cierpliwości i twórczego ukochania.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie nigdzie widoczny. Pola obowiązkowe są oznaczone *

Mamy ciasteczka

W tej witrynie są wykorzystywane pliki cookie, których Google używa do świadczenia swoich usług i analizowania ruchu. Twój adres IP i nazwa klienta użytkownika oraz dane dotyczące wydajności i bezpieczeństwa mogą być udostępniane firmie Google, by zapewnić odpowiednią jakość usług, generować statystyki użytkowania oraz wykrywać nadużycia i na nie reagować.