Polesia mszar

To nie będzie recenzja, nie w takiej formie jak przystało na recenzję. Zresztą, nigdy nie nazwałabym się recenzentką, to za duże słowo. Najbardziej interesuje mnie emocjonalny odbiór książek, co one mi dają, czego uczą, co chcą mi powiedzieć, czy zatrzymują, czy powodują, że słyszę bardziej, że widzę lepiej. Książka „Polesia mszar”, Elwiry Izdebskiej–Kuchty, podarowała mi coś więcej niż tylko dziewięć opowiadań. Dostałam w pakiecie wspomnienie mojego miejsca na ziemi, za którym tęsknię i który wywołuje szybsze bicie serca… Bo przecież wszyscy skądś żeśmy wyszli…

Polesia czar

(…)
Tam, gdzie sędziwe szumią lasy
Kiedyś ujrzałam pełen krasy
Cudny Polesia kwiat
Słonko jaśniejsze mi się zdało
Wszystko w krąg nas się radowało
Śmiał się do nas cały świat

(…)

Polesia czar, to dzikie knieje, moczary
Polesia czar, to dziwny wichru jęk
Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary
Serce me drży, dziwny ogarnia lęk
Słyszę jak w głębi wód jakaś skarga się miota
Serca prostota wierzy w Polesia czar

Debiutancka książka „Polesia mszar” Elwiry Izdebskiej–Kuchty w pierwszym skojarzeniu przywołuje piosenkę, którą wyśpiewywał Krzysztof Klenczon – „Polesia czar” (słowa Jerzy Kostecki). A jeśli Krzysztof Klenczon to Mazury, moje Mazury. I nieprzypadkowo to piszę. Książka Elwiry Izdebskiej – Kuchty, jak żadna inna, wywołała we mnie tęsknotę za rodzinnym regionem. Gdy wybierałam się rok temu na wiosnę do Szczytna, trochę odruchowo wsunęłam książkę autorki do walizki. Wiedziałam, że nie będę miała za dużo czasu na czytanie, ale jej broszurowe wydanie, wręcz kieszonkowe, idealnie nadawało się na ten wypad. Po przeczytaniu wstępu książki wiedziałam, że trafiłam na bratnią duszę… Przecież przydarzyło mi się to samo – z tymi opowiadaniami, z pisaniem, z miejscami i ludźmi, którzy czekają na wspomnienie, ważne wspomnienie…

***

„Jadąc na moje Mazury, na wysokości między Kałęczynem a Grodziskami (gdzieś tak w połowie pięciokilometrowej drogi między tymi miejscowościami), zatrzymuję nagle samochód za lasem, gdy dostrzegam przechadzającego się w oddali na moczarach żurawia. Wiosna jest piękna tego roku i widzę jej piękno jakby zaczarowane w tym widoku. Nie wiem dlaczego, ale od razu mam skojarzenie z książką „Polesia mszar”, dokładnie z jej okładką, gdzie poranek na bagnistych łąkach i zamglone postacie w tle, przyciągają wzrok i dają się zapamiętać.  Spoglądam w prawo, gdzie biegnie ścieżka do schowanego w lesie domu (widać tylko dach), i przypominam sobie, jak kiedyś wyglądało to miejsce. Gdy mieszka się od dzieciństwa w tak Zielonej Krainie, nie zwraca się uwagi na to co wokół, bo to zawsze jest, na wyciągnięcie ręki, na co dzień, ale gdy w dorosłości wyjeżdża się w świat, powroty uświadamiają to, co się w pewnym sensie utraciło. Młode drzewka stają się dorosłymi drzewami rozpychającymi się bez pardonu, wpełzającymi pod asfalt. Tam, gdzie kiedyś nie było wody, teraz są bagna, torfowiska, mokradła; zieleń jest zieleńsza, niebo bardziej niebieskie, ale to może oczy tęsknoty widzą inaczej… Choć tajemnicza ścieżka do domu w lesie, dalej wzbudza mój niepokój, ale też zaciekawienie – kto teraz chowa się przed światem…

Zanurzona we wspomnieniach, zapatrzona w dal, doznaję nagle olśnienia – przecież to jest idealne miejsce na film! Jaka scena mogłaby rozegrać się w takim miejscu? Jaka historia ludzka mogłaby skrywać się w tajemniczym domu w lesie…”

W malowniczym otoczeniu mazurskiego krajobrazu, otulona ciepłem maja, znalazłam czas, aby zanurzyć się w lekturę, poczuć klimat Polesia. Stąpałam tak delikatnie, jak lekko poprowadziła mnie autorka, aby nie zadeptać tego co najważniejsze, aby dostrzec, aby poznać, aby doświadczyć i zachwycić się, aby zerwać te malinki, które dla mnie jako czytelnika przygotowała…

Elwira Izdebska-Kuchta pisała swoje opowiadania w latach 2016 – 2020, a motywem przewodnim stało się Polesie. Zacznę od wyjaśnienia tytułu, a właściwie jego drugiej części. Mszar to inaczej mokradła, pokryte niską, ubogą roślinnością (złożoną głównie z krzewinek zaliczanych do rodziny wrzosowatych) oraz karłowatymi drzewami. Mszary występują na mokrych i kwaśnych torfowych glebach, są zanikającymi zbiorowiskami roślinnymi (winne jest oczywiście nadmierne osuszanie terenów i eksploatacja).

Na zaledwie stu stronach spotykamy realizm magiczny, zahaczamy o legendy i baśnie, odkrywamy karty historii – te znane i te trochę ukryte. Podoba mi się, że opowiadania autorki nie są przegadane. Pisze o znanych postaciach z historii, ale pisze zaskakująco. Nie stawia im monumentalnych pomników z pamięci, ale pokazuje, że byli zwykłymi ludźmi, którzy mieli też normalne życie, którym przytrafiały się zabawne czy trudne sytuacje. Może te historie przytrafiły się naprawdę, a może dzięki wyobraźni autorki podglądamy takie miniaturki jak w przypadku opowiadania „Mała Nina” – o aktorce Ninie Andrycz. Gdy czyta się historię opowiedzianą przez Elwirę Izdebską–Kuchtę, w której mała Nina sama podróżuje pociągiem, w którym spotyka Cygankę i w którym daje swój pierwszy, poważny występ, można się tylko zatrzymać i pomyśleć, że już od małego aktorka zdradzała pokłady swojego przyszłego talentu.

Opowiadania są krótkie, ale tak klimatycznie napisane, że faktycznie przenosimy się w takie czasy o jakich pisze autorka. Gdy czytamy o Pińsku „Roku Pańskiego” 1632 w opowiadaniu „Kolejnego cudu nie będzie”, czujemy atmosferę budowania klasztoru, poznajemy niesamowitego braciszka z Wilna, który z pszczołami żył za pan brat. Nie wiem skąd autorka bierze pomysły na opowiadane historie, ale ta z pszczołami jest niezwykła. Znana jest przyjaźń człowieka z psem czy kotem, ale przyjaźń z pszczołami, gdzie: „Żadna go nie użądliła, a w zimniejsze noce siadały na nim gęsto, jedna obok drugiej i niczym pierzyna, okrywały całego chłopca, aby nie zmarzł”. To jest dopiero przyjaźń!

W legendzie „Kręć się, kręć, wrzeciono” po raz pierwszy poznaję słowo „Mokosz”. To imię słowiańskiej bogini płodności i urodzaju. Jako opiekunka kobiet i dzieci, traktowana była często jako słowiańska Matka Ziemia.

Zdjęcie https://www.slawoslaw.pl/mokosz/

„Pies Witkacego” (epizod z życia Witkacego i jego towarzyszki Czesławy Oknińskiej), „Bardzo dziki wschód” (napad na pociąg jadący do Pińska w 1924 roku), „Duch Ferdynanda” (o pisarzu i podróżniku Ferdynandzie Ossendowskim), „Amerykanka i smażona cebula” (o fotografce Louise Arner Boyd, która przyjechała fotografować folklor polskich Kresów), „Knygneśial. Nosiciele książek” (o potajemnym przenoszeniu książek litewskojęzycznych do zaboru rosyjskiego), „Polesia mszar”(o pradziadku autorki, Józefie i prababce Annie) to pozostałe opowiadania, które łączy Polesie. Udajemy się do Pińska (miasta położonego na białoruskim Polesiu), Brześcia, ukraińskiej wsi Jeziory Wielkie oraz Wilna. Wszystkie te opowiadania sprawiły, że przeniosłam się wspomnieniami do historii mojej rodziny i zapragnęłam spisać to, co pozostało jeszcze w pamięci innych – o prapradziadku z Powstania Styczniowego, o Babci Heni wywiezionej na roboty do Niemiec, o zwyczajach kurpiowskich, ale też o legendach i baśniach mazurskich.

Książka „Polesia mszar” sprawiła, że zaczęłam układać w głowie nazwy dla moich ukochanych miejsc, tych do których się wraca, ale i dla tych nowo poznanych jak choćby: „Mazurskie Kormorany”, „Supraski jasny mrok”, „Sierpcowy kościół wspomnień”, „Zielona Kurpianka”, „Łąki Posilenia”, „Polska Kępa Badurka” i inne, które same układają się w głowie w charakterystyczne nazwy.

***

„Jesienią znów jadę na Mazury. Mniej więcej w tym samym miejscu, na wysokości Kałęczyna i Grodzisk, mijam co chwilę samochody, duże telewizyjne samochody. Skąd ich tyle i to takich w mojej miejscowości, do której jak nic, zawsze pasowało powiedzenie – „gdzie wrony zawracają”.

W mojej „Widokówce z łabędziem” (żuraw niestety odleciał i nie załapał się w kadrze) jakieś zamieszanie, coś się dzieje, widzę ludzi, jakieś sprzęty, zaorane pole. Nie rozumiem, co się dzieje, ale zatrzymać samochodu nie mam jak, bo co chwilę mijam kolejne samochody i kolejne. Później usłyszę od mamy, że właśnie kręcą jakiś film, że od kilku dni ruch jak na Marszałkowskiej, że cała wieś i okoliczni mieszkańcy podpatrują jak ten film jest kręcony, że co niektórzy mieszkańcy nawet na statystów się załapali. Jestem zaskoczona, że moja myśl z wiosny znalazła spełnienie i nawet nie potrzebuję wiedzieć, co to za film. Choć przyszło mi do głowy, że może to coś związanego z baśnią, z legendą, bo to miejsce idealnie do tego pasuje. A może jednak jakaś zbrodnia? A może właśnie w tym miejscu wylądowało UFO? Tyle możliwości, jednak nikt nie jest w stanie mi powiedzieć, jaki to film, jedynie to, że kręcą sceny do jakiegoś serialu.

Odjeżdżając, postanowiłam uwiecznić to miejsce, zaraz po tym, jak opuściły je ekipy telewizyjne. Oczywiście z książką, dzięki której zatrzymałam się dla tego miejsca na wiosnę. Dlaczego znów zabrałam na Mazury przeczytaną już książkę, do dziś nie wiem… A niebo jakby wskazywało kierunek, gdzie dalej…”

PS Jak tylko dowiem się jaki to serial, na pewno podzielę się z Wami informacją.

„Polesia mszar” – Elwira Izdebska-Kuchta – [NOVAE RES]

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie nigdzie widoczny. Pola obowiązkowe są oznaczone *

Mamy ciasteczka

W tej witrynie są wykorzystywane pliki cookie, których Google używa do świadczenia swoich usług i analizowania ruchu. Twój adres IP i nazwa klienta użytkownika oraz dane dotyczące wydajności i bezpieczeństwa mogą być udostępniane firmie Google, by zapewnić odpowiednią jakość usług, generować statystyki użytkowania oraz wykrywać nadużycia i na nie reagować.