Na lewo od Jezusa, drewnianej figury usytuowanej przy drodze, mieścił się Cmentarz Żydowski w Pruszkowie. Dziś był otwarty dla zwiedzających, dzięki Gminie Żydowskiej w Warszawie, która udostępniała klucze do cmentarza pruszkowskiemu historykowi, Marianowi Skwarze. Opiekował się nim na co dzień, zupełnie za darmo i dwa razy do roku organizował po nim spacery wspomnieniowe.
Marianna przez przypadek wpadła na informację o tym wydarzeniu i wszystkie swoje niedzielne plany ułożyła tak, aby odwiedzić nekropolię. Szła teraz szybkim krokiem ulicą Lipową, obserwując w oddali gromadkę ludzi, którzy skręcali już w ulicę Mordechaja Gutowskiego. „Pewnie też na spacer” – pomyślała i przyspieszyła kroku, nie chcąc się spóźnić. Była kiedyś na podobnym spacerze i zrobił na niej ogromne wrażenie. Kiedy myślała o pruszkowskim cmentarzu, miała nieodparte wrażenie, że „coś” ją tam przyciąga.
Na pewno wywoływał wspomnienie cmentarza otulonego lasem rodzinnej wsi na Mazurach. Osłonięty drzewami, porośnięty bukszpanem i borówkami, odciął się od ludzi. Zasłonił się nawet na leśną ścieżynę, która do niego prowadziła. Kilkuletnia Marianna znalazła go, gdy zbierała jagody. Nigdy nie lubiła zbierać owoców leśnych w tłumie. Chodziła własnymi ścieżkami i odkrywała polanę za polaną. Gdy pytała dorosłych o swoje znalezisko, o to kto leżał na cmentarzu, zderzała się z ciszą. Wszyscy milkli i zabraniali jej tam chodzić. Ona jednak nie była posłuszna. Sama odczytywała obco brzmiące nazwiska na nagrobkach. Nikt się nie troszczył o cmentarz, nie naprawił płotu, który podupadał z każdym rokiem ani nikt nie zapalał zniczy na nagrobkach. Z koleżanką z podwórka, Ireną, każdego roku przed Wszystkimi Świętymi, chodziły sprzątać groby i jeśli miały świeczki, to je zapalały. Najczęściej były to tylko zapałki. Płomień na krótko rozbłyskał przy każdym grobie. Smutek pojawiał się na ich młodzieńczych twarzach. Jeszcze dotkliwiej go odczuwały, gdy to samo robiły przy opuszczonych dziecięcych mogiłkach. Udawały płaczki. Podpatrzyły ten obyczaj u starszych kobiet ze wsi. One jeszcze śpiewały zmarłym, ale Marianna z Ireną tylko się modliły skrycie przed całym światem. Zapamiętała coś jeszcze… Kilka białych gołębi krążących nad mogiłami. Niektóre przysiadały na kamiennych płytach nisko pochylając łebki.
Na cmentarz przy Lipowej dotarła w ostatniej chwili. Wszyscy już minęli cmentarną bramę. Wybiła godzina jedenasta. Pan Marian Skwara ciepło przywitał zwiedzających. Zadbał o to, aby każdy miał maseczkę i zdezynfekowane ręce. Stał przy stoliku, na którym znajdowały się przygotowane przez niego materiały. Były tam informatory o cmentarzu: mapa usytuowania grobów, objaśnienia rysunków na płytach i podstawowych pojęć. Zanim zaczęła się główna prelekcja, przewodnik pozwolił odbyć zebranym samodzielny spacer po alejkach.
Marianna zaczęła zwiedzanie od lewego skrzydła cmentarza. Podchodziła do każdej z płyt, odszyfrowywała znaki, które na nich widniały i próbowała odczytywać ich znaczenie. Zastanawiała się, dlaczego pod murem leży kilka popękanych i połamanych płyt. Spojrzała na ludzi, którzy z wyjątkową zadumą i powagą odczytywali znaki na nagrobkach. W końcu zaczęła się główna prelekcja.
Historyk widząc zainteresowanie zgromadzonych, zaczął pokazywać na kartkach hasła i przygotowane na tę okoliczność materiały. Robił tak, przed każdym kolejnym blokiem tematycznym. Opowiadał o ludziach, bo oni byli najważniejsi, o sposobie chowania zmarłych, o zawodach, jakie wykonywali zmarli, o stosunkach międzysąsiedzkich. Mariannę zaskoczyła informacja, że ciało zmarłego było inaczej układane niż w tradycji katolickiej. Płyta znajdowała się z przodu, a ciało za płytą. Oddzielnie chowano kobiety i mężczyzn, choć zdarzały się wyjątki – w jednym z grobów znajdowało się więcej osób. Był to grób Zombergów – matki
z dwojgiem dzieci rozstrzelanych przez Niemców 28 października 1943 roku. Do dziś niejasne jest, jak w 1940 roku pochowano kilkunastu żołnierzy Wojska Polskiego pod murem od strony Komorowa.
Przewodnik mówił także o napisach na płytach. Koleżanka Marianny, Lidia miała okazję pochwalić się dobrą znajomością niemieckiego, który przydał się do odczytania inskrypcji na jednej z płyt. Był to nagrobek w języku jidysz, który wywodził się z języka niemieckiego, ale żeby czytać w jidysz, należało znać alfabet hebrajski. Marianna pomyślała o swojej babci Heni, również mówiącej w języku niemieckim, którego nauczyła się, przebywając w obozie hitlerowskim. Historyk przechodził od płyty do płyty. Nie tylko pokazywał, ale też tłumaczył, co oznaczały rysunki i napisy.
Z prawej strony cmentarza znajdował się stojący samotnie pomnik, w znacznej odległości od innych. Pochowana tam była Cyta Szarfmesser. Notka w „Głosie Pruszkowa” z 1937 roku informowała, że popełniła samobójstwo, rzucając się pod pociąg na przejeździe parzniewskim. Nagrobek był opisany inskrypcją w dwu językach – hebrajskim i polskim. Dawniej bardzo restrykcyjnie podchodzono do takich zachowań i prawdopodobnie z tego powodu nagrobek stał samotnie pod murem.
Marianna nie opuszczała ani na chwilę przewodnika, jakby obawiała się utraty jakiegoś pojedynczego choćby słowa. Wszystko było dla niej niezwykle ważne.
I tak doszli do miejsca, w którym mowa była o trzech płytach, położonych tam, gdzie leżały młode osoby. Świadczyły o tym rysunki. Marianna nie widziała ich dobrze, ponieważ stała z tyłu, ale już to, co usłyszała, wywołało niepokój w sercu, coś jej się tu nie zgadzało. Bała się tego, co jest wyryte na nagrobkach. Poczekała, aż ludzie z tego miejsca odejdą. Przesuwała się powoli do przodu, krok za krokiem. Spojrzała w końcu na płaskorzeźbę, pierwszą z trzech. Zobaczyła… złamane drzewo – na jednej, na drugiej, na trzeciej płycie. Wszystkie trzy stały obok siebie i wszystkie trzy miały złamane drzewa. Marianna musiała przysiąść na chwilę na trawie z obawy, że upadnie. Kiedy doszła w końcu do siebie, zorientowała się, że wszyscy są już zgromadzeni wokół przewodnika na środku cmentarza, przy wielkiej topoli. Idąc w ich stronę, myślała o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny, ma swoje miejsce, czas i powody. Była bardzo wzruszona, ale jakoś pozbierała się w sobie i podeszła do pozostałych zwiedzających. Cieszyła się, że tyle ludzi przyszło, że dla tylu osób ta lekcja historii była ważna, mimo chłodu, mimo wolnej niedzieli. Tak, dziś niedziela palmowa. Jakże adekwatnie Marianna zaczęła duchowe przygotowanie do świąt. Wyciszyła się na tym cmentarzu, skupiła bardzo
na tym, co ważne. Mogła świadomie przeżywać mękę Chrystusa…
Historyk zakończył swoją opowieść i poprosił o zadawanie pytań. Posypało się ich wiele. Pytano, czy ktoś wrócił do Pruszkowa po wojnie. Okazało się, że wróciło wiele rodzin, które stopniowo emigrowały. Tylko dwie osoby mieszkały w Pruszkowie do śmierci: Felek Dawidowicz i Chana Fabiszewicz. Zwiedzających ciekawiło miejsce usytuowania getta, znajdującego się w kwartale ulic: Pęcickiej (dziś Armii Krajowej), Komorowskiej, Ceramicznej
i Polnej. Wspominano proboszcza parafii św. Kazimierza, który pomagał Żydom. Padło też pytanie, gdzie można przeczytać o pruszkowskich Żydach. Marianna także była ciekawa. Chciała usłyszeć, czy ten cmentarz odwiedza ktoś z potomków tych, którzy tu leżą. Przewodnik nic o tym nie wiedział.
Przed pożegnaniem opowiedział historię pewnego mieszkańca Pruszkowa. Jego syn znalazł zwoje Tory (biblię hebrajską) spisane na pergaminie. Pruszkowscy Żydzi, przed pójściem do getta, przekazali je na przechowanie Wawrzyńcowi Olesińskiemu – polskiemu dozorcy cmentarza żydowskiego. Odkrywca znalazł je w latach 90. na strychu zrujnowanego budynku nieopodal cmentarza. Ojciec znalazcy próbował tym skarbem zainteresować żydowskie instytucje, ale nadaremnie. Przechowywał je u siebie na działce, znajdującej się obok cmentarza żydowskiego, przez wiele lat, aż wreszcie oddał je człowiekowi robiącemu zdjęcia mogiłom na cmentarzu, którego często widywał. Zapytał go wprost, czy jest Żydem. Mężczyzna odpowiedział, że nie, ale bardzo dobrze zna to środowisko. I wtedy działkowicz przekazał wszystkie materiały właśnie jemu, prosząc, aby zrobił z tym to, co należy. Wymienili się telefonami, ale i tak nikogo to nie interesowało. Co się z tym stało? Czy dokumenty znalazły swoje miejsce przeznaczenia? Marianna słyszała już tę historię, i to od samego wspomnianego mieszkańca, którego poznała przez kolegę, ale wtedy nie zgłębiła tematu, nie znając jeszcze dobrze historii Pruszkowa. Pomyślała, że musi go koniecznie wypytać o te dokumenty i całą historię raz jeszcze.
Ktoś na koniec zapytał, czy w okolicy są jeszcze jakieś żydowskie cmentarze. Jeden
z uczestników spaceru wyjaśnił, że taki cmentarz jest w Grodzisku Mazowieckim, a kiedyś był także w Błoniu. Dodał też od siebie, jakby myśląc głośno: „Gdyby Himmler ożył, miałby za co dziękować mieszkańcom Błonia, że dokończyli dzieła jego zniszczenia. Ktoś pewnej nocy zniszczył 13 nagrobkowych płyt, porozbijał je dosłownie na drobne kawałki… zniszczył nieodwracalnie!…”. Uczestnicy zaskoczeni, wręcz zaszokowani tą wypowiedzią, pokiwali tylko głowami i stali w ciszy.
Marianna podziękowała przewodnikowi za poświęcony im czas. Porozmawiali jeszcze chwilę, szukając oznak wiosny na cmentarzu. Zaczęły już kiełkować żonkile, krokusy i tulipany. Pan Marian, z ledwo dostrzegalnym uśmiechem na twarzy, powiedział nagle, że może właśnie wtedy, kiedy wszystko zakwitnie, uda mu się raz jeszcze zorganizować spacer po cmentarzu.
Przed wyjściem, Marianna raz jeszcze oplotła wzrokiem cały cmentarz. Zerknęła na drzewa, na delikatne brzozy, szczególnie na jedną, która stała bez gałęzi, złamanych prawdopodobnie przez wichury. Naraz zobaczyła coś dziwnego, nieprawdopodobnego… Patrzyła na „gołą” brzozę, a widziała wystraszoną twarz dziewczyny bez ubrań, patrzącą błagalnie na Mariannę. Ta wizja jak nagle się pojawiała, tak szybko zniknęła. Nad okaleczoną brzozą krążył biały gołąb, który w pewnej chwili przysiadł na złamanej gałęzi ze spuszczonym łebkiem.
Wróciła do domu jak w gorączce. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, musiała gdzieś odreagować to, co wydarzyło się na cmentarzu. Obraz oczu tej dziewczyny nie dawał jej spokoju. I te złamane drzewa na nagrobkach. Jak tylko o nich usłyszała, przypomniała sobie, że przecież ona takie drzewo widziała w poście na Facebooku, gdzie ktoś wstawił zdjęcie muralu zdobiącego ścianę jednego z bloków w Warszawie. To było tuż przed Nowym Rokiem 2020. Zaintrygował ją ten post. Korona drzewa była bardzo gęsta i zielona, pełna gałęzi, dostojnie pnących się w górę. Obok dużego, namalowane było małe drzewo – delikatne, kruche, ale równiutko prężące się obok swojej matki. Na pierwszy rzut oka rysunek wzbudzał same pozytywne emocje. Marianna zastanawiała się, co autor mógł mieć na myśli, czym się inspirował, co chciał przekazać oglądającym jego dzieło. I wtedy zobaczyła czarny napis na dole muralu: „I tak nic z tego nie wyjdzie! Słabe jesteś!”. Obok namalowane było jeszcze mniejsze, małe drzewko, ale… złamane. Wyglądało tak samo jak na płycie na Cmentarzu Żydowskim.
Marianna po pełnym wrażeń spacerze, postanowiła pójść do ogrodu. Chciała przytulić się do drzewa, do brzozy, aby tam znaleźć ukojenie. Zrobiła kawę do termosu i po raz pierwszy miała silną ochotę na coś mocniejszego.
Siedząc pod brzozą, rozmyślała o wydarzeniach dzisiejszego dnia, o przeszłości, w której miało miejsce tyle złych rzeczy, tyle bólu i niesprawiedliwości. „Teraz nie ma wojny, ale nastroje ludzkie nie zawsze są pokojowe. Skąd w ludziach tyle jadu, tyle oceny, tyle krytyki?” Nie raz słyszała teksty typu: „Targuje się Żydek jeden”. Wchodzą do języka takie słowa czy powiedzenia i już zostają. Często używane bezprawnie i bez zastanowienia. Ludzie szybko je podłapują. Marianna, gdy była mała, słyszała, jak pewna Sonia, która jako jedyna Ukrainka mieszkała we wsi jej babci, mówiła na Polaków: „polaczek jeden”, a to była obraza. Babcia tłumaczyła Mariannie, że mówiąc tak chodziło jej o przypisywane Polakom złe cechy: że cwaniaczek, że złodziej, że pijak… Czasami nie było żadnej dyskusji. I nie można było myśleć inaczej – bo od razu kłótnia.
Marianna przypomniała sobie wymianę zdań z jedną koleżanką na temat filmu „Pokłosie”:
– Czy my naprawdę nie mamy, czego pokazywać, tylko złych Polaków i dobrych Żydów? – Grażyna aż gotowała się z wściekłości.
– A co to ma za znaczenie, przecież jest dużo takich filmów – powiedziała Marianna, próbując zrozumieć tok myśli koleżanki. – Przecież ten film nie mówi o wszystkich Polakach, a o konkretnej sytuacji. Skoro taka jest prawda i ktoś chciał ją przybliżyć, to dlaczego od razu krytykować? – kontynuowała Marianna.
– Przestań! Przestań! Nie jesteś patriotką! – oznajmiła nagle wściekle Grażyna, kończąc temat.
Tego Marianna nie umiała zrozumieć.
Mieszkając na Mazurach, też często słyszała od wujka, który przyjeżdżał do jej rodziny z Kurpi, że nie jest Polką a „Krzyżakiem” lub „Prusakiem”. Gdy była mała, to aż płakała ze złości. „Dlaczego ten wujek tak mówił”? Gdy podrosła i więcej już rozumiała, też nie było łatwo tego słuchać. Im bardziej próbowała mu wytłumaczyć, co o tym myśli, tym bardziej z niej kpił, więc odpuściła zrezygnowana. Gdy miała 11 lat, przeczytała książkę Eugeniusza Paukszty „Zatoka Żarłocznego Szczupaka” i to było duże zaskoczenie. Długo nie mogła zasnąć po skończonej lekturze, w której tyle było o przynależności, ale wtedy jeszcze tego nie rozumiała. Upodobała sobie jedną bohaterkę, tolerancyjną Mirkę, dziewczynę, którą kochała swój kraj i chciała, aby wszystkim żyło się w nim spokojnie i dobrze.
Marianna siedziała pod białą brzozą już od dwóch godzin. Przypomniała sobie tamtą brzozę na cmentarzu i oczy dziewczyny, które ją o coś prosiły. I gołębie… Myśli wirowały jej w głowie, przeskakując od jednych obrazów do drugich.
To był ważny dzień, czuła to całą sobą i cały czas myślała o tym, co dziś przeżyła.
A wszystkie uczucia i emocje wyraziła w słowach wiersza, które same do niej przyszły…

Złamane drzewa
silny wiatr złamał młode drzewa
nie…
to słowo złamało młode drzewa
nie…
to gest złamał młode drzewa
nie…
to… ludzie złamali młode drzewa
inne… wyrwane z korzeniami
w drugim miejscu znalazły schronienie
a konary dojrzałe szeptały podróżnym ptakom
by odnalazły to miejsce…
i na liściach pamięci
zaśpiewały wspomnienie…
krokusy, żonkile, tulipany
pamiętają…
i co roku
w tym miejscu
się odradzają…
Zasypiała z przeświadczeniem, że będzie wracać tam nie raz. Postanowiła zapytać Pana Mariana, czy nie potrzebuje pomocy przy pracach porządkowych na cmentarzu.
Za tydzień Wielkanoc.
PS To opowiadanie dedykuję Panu Marianowi Skwarze, znanemu historykowi z Pruszkowa. Bardzo się cieszę, że zostało zauważone i wyróżnione w VI Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Alfreda Borkowskiego, lekarza, pisarza, poety i społecznika; w konkursie, który ma na celu między innymi, ocalać i utrwalać wiedzę o przeszłości Mazowsza.

17 czerwca 2024 odbyła się uroczysta gala na której mogłam przeczytać fragment opowiadania i wiersz, który zrodził się podczas jednego ze spacerów na Cmentarzu Żydowskim w Pruszkowie.


