
Wielgosz przyszedł na lekcję do naszej klasy już w czasie przerwy. Położył dziennik na biurku i zaczął stukać palcami w rytm tylko sobie znanej melodii. Patrzył w okno, jakby zobaczył tam coś ciekawego. Aż spojrzałam się na to okno, ale nic godnego uwagi nie zauważyłam. Zwykła biała brzoza, dostojna i piękna jak zawsze. Widać było jej gruby pień, a w oddali bezkresne pola i drogę na Ostrołękę. Wszystko zasypane czystym, nieskazitelnym śniegiem. Nie to, co w mieście. Byłam raz zimą u cioci w Bydgoszczy i tam było jakoś tak brudno. Znów popatrzyłam na nauczyciela. Po jego wyrazie twarzy łatwo było się domyślić, że coś mu chodzi po głowie. Wyglądał jak z obrazu na tle obdrapanych, zielonych ścian. Krzysiek też popatrzył na niego i szepnął do mnie konspiracyjnie:
– Powie nam dziś coś ważnego, czuję to.
– Też tak myślisz?
– Tak. Pamiętasz, jak na ostatniej lekcji – Krzysiek patrzył mi głęboko w oczy – zapytałem go, czy powie nam prawdę o Katyniu, a on udał, że nie słyszy? Może przemyślał sprawę?
– Nie, to się nie uda. Będzie się bał. Ja zapytałam tatę i też udał, że nie słyszy – powiedziałam cicho.
– Mój to samo. Aż się rozejrzał, czy nikt nie usłyszał tego pytania. A później w nocy opowiadał o tym matce. Myśleli, że nie usłyszę, bo głośno grał telewizor, ale ja wczołgałem się pod wersalkę i wszystko słyszałem. Matka aż westchnęła. Mówię ci, Marianna, coś jest nie tak z tym Katyniem.
– Ja mam taki plan, żeby zapytać babcię Henię, jak będę w tym roku u niej na wakacjach. Może ona powie mi w końcu całą prawdę – ciągnęłam, zadowolona ze swojego pomysłu.
– A zauważyłaś, że nikogo w klasie to nie interesuje? Zapytałem Elkę, a ona wzruszyła ramionami, że o co mi chodzi… To sobie dałem spokój. Co będę z taką rozmawiał.
– Masz rację, ja też próbowałam podpytać chłopaków, ale tylko Marian i Artur spojrzeli się na mnie jakoś tak dziwnie. Myślę, że coś wiedzą, bo później długo rozmawiali i patrzyli w moją stronę.
– Tak, jest coś na rzeczy, mówię ci – szeptał Krzysiek, wyciągając na biurko podręcznik historii dla klasy ósmej.
Zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli wchodzić do klasy. Długa przerwa była okazją, aby porzucać śnieżkami, poślizgać się na boisku. Ja wolałam nie wychodzić, bo zaraz chłopaki natarliby mnie śniegiem. Co niektórzy zakurzyli sobie za szkołą, myśląc, że ich nikt nie widzi. Może i nie widział, ale fajki czuć było na kilometr, nie musieli się odzywać. Andrzej wszedł do klasy zupełnie suchy, kończąc jeść kanapkę. Mieszkał blisko szkoły i mógł sobie wyskoczyć w czasie przerwy, zmienić mokre ubranie. Nie zazdrościłam mu jednak, bo na przykład nie mógł tak jak wszyscy iść na wagary ani powiedzieć, że zapomniał zeszytu.
Wielgosz czekał, aż wszyscy uczniowie wejdą do sali i usiądą na swoich miejscach. Od razu, po zamknięciu drzwi, zrobiło się w klasie cicho, jak makiem zasiał. Czuć było dziwną, tajemniczą aurę. Myślę, że każdy, kto spojrzał na Wielgosza, zdawał sobie sprawę, że nauczyciela coś trapi. Zawsze pogodny i sarkastyczny, ze specyficznym poczuciem humoru, dziś był jakiś posępny. Cisza w klasie przeciągała się. Czekałam w napięciu, co się wydarzy.
Nauczyciel popatrzył po naszych twarzach, wstał i zaczął chodzić po klasie. Zatrzymał się przy piecu. Spojrzał na ogień, który skakał jak szalony, aż szły iskry. Ciepło było i przyjemnie, jednak jego twarz była zimna, wręcz smutna. Odwrócił się od pieca w stronę klasy, spojrzał na Krzyśka i zapytał:
– Krzysiek, możesz stanąć przy drzwiach na czatach?
Krzyśkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Już stał, zadowolony, że nauczyciel obdarzył go zaufaniem i dał tajną misję. Chyba tylko on i ja przeczuwaliśmy, co się zaraz wydarzy. Krzysiek popatrzył na mnie, a ja czułam, że moja twarz robi się czerwona z wrażenia. Nauczyciel zapytał nas:
– Czy mogę wam zaufać?
– Taaak! – odpowiedziała chórem klasa.
Nikt się nawet nie zająknął.
– Ciii… – Wielgosz położył palec na ustach.
Stanął w rozkroku i złożył ręce, jakby robił znak „Amen”, chociaż chyba był niewierzący.
– Chodźcie tu wszyscy bliżej, ale po cichu, usiądźcie po trzy, cztery osoby w ławce.
Zrobiliśmy to, o co poprosił nauczyciel. Wszyscy wiedzieliśmy, że to ważna chwila, i oczekiwaliśmy w napięciu, co się wydarzy.
– Pamiętacie, kiedy na ostatniej lekcji Krzysiek zapytał mnie, jak to było naprawdę z tym Katyniem?
I kontynuował, nie oczekując odpowiedzi.
– Tak, to, co jest w podręcznikach, te kilka zdań o Katyniu, to nie jest prawda. Coś pewnie niektórzy z was słyszeli, od rodziców, od dziadków. Żyjemy w takich czasach, że ściany mają uszy i trzeba uważać, co się mówi. Dlatego proszę was, abyście zatrzymali dla siebie to, co wam powiem. Nawet na przerwach nie możecie rozmawiać o tym między sobą, a już na pewno nie możecie opowiadać o tym w domu. Dużo ryzykuję, mówiąc wam prawdę, ale nie mógłbym inaczej. Macie prawo wiedzieć. Mówił o żołnierzach, którzy walczyli w 1939 roku na wschodzie przedwojennej Polski i nie wrócili do domów, o czym szumią drzewa w katyńskim lesie. Mówił cichym, lekko drżącym głosem.
Słuchaliśmy nauczyciela z wypiekami na twarzy. A może sprawił to żar z gorącego pieca?
– Zbrodni wojennej na Polakach w Katyniu nie dokonali Niemcy… Zrobili to Rosjanie – wyrzucił z siebie słowa prawie na jednym wydechu. Potem odetchnął, jakby poczuł ulgę…
Nasze oddechy zamarły. Nikt się nie ruszał, nikt nic nie mówił, wszyscy mieli głowy spuszczone w dół. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Spojrzałam na Krzyśka, który stał przy drzwiach. Porozumiewawczo pokiwał do mnie głową. Ale jak to, myślałam, jak to?
Wielgosz opowiedział nam wszystko, co sam wiedział. Pytaliśmy go cicho, dlaczego w książkach jest inaczej. A on zapytał przewrotnie:
– Jaki według was jest najważniejszy przedmiot w szkole?
– Język rosyjski – odpowiedziała Elka i nagle wszystko stało się jasne. To dlatego niektórzy mówili, że nauczycielka rosyjskiego jest ważniejsza w szkole nawet od dyrektora.
Dla Wielgosza to była podwójna tragedia. Miał podejrzenie, że jego wujek zginął w Katyniu. Krzysiek też miał swoje teorie na ten temat. Do dziś nie wiedział, co się stało z jego dziadkiem, oficerem Wojska Polskiego.
***
Marianna odłożyła zapiski ze szkolnych lat na kolana. Był 10 kwietnia, a za chwilę kolejny rocznicowy 13 kwietnia i 19 kwietnia. Szczególnie ta ostatnia data była dla Marianny ważna. Jak co roku cmentarz żydowski w Pruszkowie miał być otwarty dla zwiedzających, a miejscowy historyk miał poprowadzić spacer śladami byłych mieszkańców miasta. Wróciła myślami do tego, co przed chwilą przeczytała. Nauczyciel historii zrobił na uczniach duże wrażenie, bo wykazał się wielką odwagą, opowiadając prawdę o Katyniu. Nie musiał tego robić, ale zaufał im, choć prawda była trudna w tych czasach. Ta lekcja była największym skarbem, jaki mogli od niego dostać…
***
– Krzysiek, musimy to zrobić, musimy – powiedziałam do Krzyśka, wycinając duże, białe litery.
– Tak, zrobimy. Poczekamy, aż woźna pójdzie do drugiej szkoły i wejdziemy po cichu na korytarz.
– Dobrze, a starczy nam szpilek? – zapytałam, zbierając litery na jedną kupkę.
– Starczy. Drabinę też mam już przygotowaną za szkołą – odpowiedział Krzysiek.
Następnego dnia rano, przed ósmą zrobił się w szkole wielki rwetes. Nauczyciele latali jak poparzeni, krzycząc: „Kto to zrobił? Gdzie jest drabina? Uciekajcie do klasy, wszyscy do swoich klas!”. Popatrzyłam na Krzyśka jakby nigdy nic. Wielgosz z dziennikiem pod pachą zaganiał nas do klasy. Zamykając drzwi, zerknął raz jeszcze na ścianę po drugiej stronie korytarza. Na gazetce szkolnej wisiał wielki napis: TO ROSJANIE ZAMORDOWALI POLAKÓW W KATYNIU.
