
Henryka Badurek, z domu Sagała
Dziś nikt nie zwraca uwagi na chleb. Jest, kroi się go, zjada i po sprawie. A dla babci Heni był najcenniejszy…. Jak „mantrę” powtarzała za każdym razem, kończąc opowieści z czasów wojny: „najeść się do syta chleba suchego, nie z masłem, nie z okrasą, a jedynie zjeść suchego chleba polskiego”. Zaznała skrajnego głodu, a myśl o kromce chleba trzymało ją przy życiu. Zawsze, odkąd pamiętam, babcia całowała chleb po upieczeniu i robiła znak krzyża, zanim ukroiła pierwszą kromkę.

Babcia obiecała, że gdy umrze, nie będzie się nikomu śniła, a już na pewno źle. Całe życie nękały ją „mary” nocne, wspomnienia wojennej przeszłości. Chciała oszczędzić swoim dzieciom i wnukom tego, co sama często przeżywała. Wierzyła, że jak będzie o tym głośno mówiła, to obietnica się spełni. I tak było w moim przypadku do dziś. Pierwszy raz śniłam o Babci Heni, odkąd ta odeszła na zawsze dziesięć lat temu. Obudziłam się zlana potem uspokajając samą siebie, że to był sen. To był tylko sen…
– Henia! Nie jedz tego! Pamiętaj, nie jedz tego! – powtarzała raz za razem Cyganka Rose.
– Ale, dlaczego? Jestem taka głodna. Już tydzień trzymają nas o głodzie – odpowiedziała Henia błagalnie.
– Henia! Nie waż się tego ruszać! Pod żadnym pozorem. Powiesz, że nie jesteś głodna – kontynuowała zawzięcie kobieta.
– Ale… – próbowała jeszcze Henia.
– Nie ma, ale! Zaufaj mi, proszę cię, zaufaj mi! – Rose mówiąc to popatrzyła Heni prosto w oczy. W tym wzroku było coś takiego, co „usadziło” Henię w rogu baraku.
Cyganka opiekowała się Henią od pierwszych dni, kiedy przyjechała do obozu. Starsza, doświadczona, wzięła młodą dziewczynę pod swoje skrzydła i traktowała jak córkę. „Skąd u niej taki niepokój. Przecież codziennie walczymy o przetrwanie, ale dziś wyjątkowo jest zawzięta” – Henia patrzyła na Rose spod przymkniętych powiek. „Czy ona nie jest głodna po tygodniu niejedzenia?”.
Późniejsze sceny Henia pamiętała jak przez mgłę… Wywołano wszystkich ludzi przed barak. Kazano ustawić się w szeregach, tak jak zawsze tyle, że tym razem było mniej krzyków, mniej rozkazów, łagodniej, jeśli można było tak w ogóle powiedzieć. Jedna kobieta upadła z wycieńczenia nie mając już siły stać. Dwaj esesmani postawili ją do pionu i kazali drugiej kobiecie podtrzymywać osłabioną więźniarkę. „Dziwne, normalnie już by ją zastrzelili” – pomyślała Henia. Po odliczeniu stanu więźniów, główny dowódca obozu powiedział, że dziś jest wyjątkowy dzień, że każdy dostanie tyle jedzenia, ile będzie chciał.
„Cud…, coś nieprawdopodobnego…, skąd Rose wiedziała, że dadzą nam jedzenie i to tyle ile, kto zechce?” – Henia spojrzała na przyjaciółkę z podziwem. Zaczęto rozdawać chleb, po ćwiartce na głowę, ciepłą zupę i o „Panno Przenajświętsza” – ciepłe kartofle, okraszone smażoną cebulą i każdemu po kawałku mięsa. „Nie, to nieprawda, to nie może być prawda” – Henia z niedowierzaniem patrzyła na to, co się działo.
Ludzie rzucili się do jedzenia. Przepychali się. Słychać było brzdęk misek. Następnie każdy szedł ostrożnie, aby nic się nie ulało, do swojego kąta, gdzie tylko, kto mógł i miał miejsce. Nie przypominało to wielkiego, radosnego jedzenia, nie. Wielkie pożeranie z oczami na wierzchu wyglądało przygnębiająco. Widok był tak nieprawdopodobny, że aż serce bolało. Henia nie płakała, nie miała już łez. Była tak wściekła na Cygankę, że puściła jej zabójcze spojrzenie. Upadła na ziemię z wycieńczenia i szeptała: „Boże! Boże! Daj wytrwać! Daj wytrwać! Ulituj się nade mną!”.
Po kilu godzinach, obudziły ją z matni jęki ludzi. Najpierw pojedyncze, później dzikie jęki setek ludzi. Zwijali się na ziemi, trzymając się za brzuchy. Ten widok był nie do zniesienia. Henia spojrzała na Rose siedzącą na ziemi z podwiniętymi pod siebie nogami. „Co się dzieje? Co się dzieje? Zatruli ich? Zatruli?” – pytania leciały z ust Heni jak z automatu.
To, co wydarzyło się później, Henia pamiętała jak w gorączce. Do najbardziej cierpiących więźniów, podchodzili ludzie w białych kitlach i ciepłym głosem proponowali szpital, lekarstwa, opiekę. Obiecywali wyleczenie…
Za jakiś czas, Henia i Rose miały się przekonać, że dziesiątki ludzi nie wróciło do swoich baraków…
Dym nie do zniesienia unosił się w powietrzu…

XXII Międzynarodowa Antologia Stowarzyszenia Autorów Polskich „Pamięć” pod redakcją Wandy „Dusi” Stańczak z przepięknymi ilustracjami Renaty Cygan

Dziekuję za to opowiadanie. Trzeba pamietać.
Dziękuję za ten komentarz. Cieszę się, że opowiadanie skłania do refleksji. Myślę, że każdy ma kogoś do zapamiętania.